– Zimno mi.
– Kierowniczko, jest zima, musi być zimno.
Spojrzałyśmy za okno. Było ciemno, a wiatr dął po syberyjsku. Żadna z nas wprawdzie nigdy na Syberii nie była, ale oglądałyśmy Doktora Żywago i tam wiatr huczał podobnie.

– Ty sobie nie żartuj, gdy jest mi źle.
– Wypijmy grzańca.
– Pół dnia snułam się po domu byleby tylko nie usiąść do komputera. Gdy już usiadłam, zaczęłam serfować po internecie i po trzech godzinach zorientowałam się, że tracę czas.
– Miałam to samo! Dodatkowo poczta elektroniczna się zepsuła i to właśnie wtedy, gdy miałam pisać do Leo.*
– A mnie skype wyświetlił komunikat: „Jeszcze chwilę. Poprawiamy twoje doświadczenia ze skypem.” Ze skypem! Ja się pytam, czy oni nie mogliby poprawić moich doświadczeń z lajfem? Zdruzgotana widmem własnej klęski, ugotowałam budyń czekoladowy i użyłam do tego, o zgrozo, mleka 3,2 %, po czym poprawiłam śmietanką 30%! Masz pojęcie?
– Daj trochę!
– Zjadłam. Powiedziałam „zdruzgotana widmem własnej klęski”.
– E tam, dramatyzujesz! Przecież ty masz widmo trzy razy w tygodniu. Najmarniej.
– I pomyśleć, że wczoraj był taki perfekcyjny dzień! Jak w piosence. Napisałam przebój, na obiad zjadłam sałatę i zapakowałam brudne naczynia do zmywarki zamiast zostawić je tradycyjnie w zlewie, wieczorem natomiast spaliłam 600 kalorii na zumbie. Jednak najwyraźniej równowaga musi być w przyrodzie zachowana. Skoro wczoraj byłam idealna, dziś muszę być beznadziejna. Nie mam do siebie siły, normalnie.
– Ja też! Musimy zmienić nasze życie. Może na przykład róbmy wszystko inaczej niż zwykle? Zawsze to nowa inspiracja. Zobacz. Kupujesz nową bluzkę – od razu na drugi dzień ją wkładasz i wydaje ci się, że cała jesteś nowa. A po kilku miesiącach ta sama bluzka wisi smętnie w szafie i konkuruje z innymi bluzkami o twoją uwagę.
– Czyli musimy kupić sobie po nowej bluzce?
– Musimy złamać stare kody.
– Może zacznę pisać przy dębowym stole w kuchni zamiast w pracowni przy biurku?
– Na przykład. Albo robić zakupy w innym sklepie.
– Pić cappuccino zamiast espresso?
– Tylko jeśli lubisz. Chodzi o to, żeby przełamać rutynę, a nie naginać upodobania. Wpuśćmy świeże powietrze.
– A czemu to właściwie ma służyć?
– Naszym płucom. Żeby im się lepiej oddychało.

Uwielbiam Dzidkową logikę. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że to może zadziałać. Że niby co? Jak zrobię coś inaczej, to się wszystko zmieni?

Muszę zrobić wpis na blog, a niebiosa mi świadkiem, nie mam pomysłu. Przełamię ten przeklęty kod. Wyjdę zza biurka. Pójdę do Zojki. Zojka ma klubokawiarnię, w której spotyka się bohema z naszej dzielni. Ludzie siedzą, jedzą ryż na mleku z gorącymi śliwkami, popijają latte z kardamonem i miodem, czytają Krytykę Polityczną. Staję przed witryną wypełnioną łakociami i mam ślinotok. Tiramisu Zojki! Przypomniało mi się…

Zojka była szefową Dzidki. No wiesz, wysokie stanowisko, ciężar odpowiedzialności na barkach, duża motywacja i jeszcze większy stres. Bez rodziny, urlopów, za to z nieprzyzwoicie wysoką pensją. Któregoś dnia podsłuchała jak dziewczyny umawiały się na party. Chodziło o to, żeby zrobić frajdę naszemu przyjacielowi Mareczkowi, który tydzień wcześniej splajtował – wykiwał go partner w biznesie i chłopak wszystko stracił. Podchodził do tego ze stoickim spokojem, ale wiadomo jak jest – potrzebował wsparcia, przyjaciół. No więc, tamtego dnia, dziewczyny właśnie o tym rozmawiały, gdy Zojka najzwyczajniej w świecie wprosiła się im na imprezę. Później mówiła, że nie ma pojęcia dlaczego to zrobiła, tym bardziej, że biletem wstępu miało być ciasto własnej roboty, a ona wolałaby raczej zbudować silnik o napędzie atomowym niż coś upiec. Przyszła w gości, zobaczyła Mareczka i zakochała się na zabój. Mało tego, jej tiramisu zostało pożarte najszybciej i dziś stanowi specjalność zakładu. Zojka rzuciła w diabły korporacje i parzy kawę w klubokawiarni. Mareczek karmi kaszką Zojkę Juniorkę. A ja? Oblizuję talerzyk i kończę pisać dla Ciebie.