Kiedy śliczna sukienka z falbankami po raz wtóry niebezpiecznie „skurczyła się w praniu”, przyszedł czas na radykalne rozwiązania. Tym bardziej, że w szafie wisiało kilka podobnych cacuszek, a za oknem wszystko budziło się do życia. Błękitniało niebo, zieleniała trawa, świergoliły powracające zza mórz jaskółki. Jednym słowem, chciało się żyć. Oddychać pełną piersią. Wskoczyć w kieckę i pójść na przechadzkę wiosennym bulwarem. Zjeść lody pistacjowe. Mrugnąć do przypadkowego, niebrzydkiego przechodnia. Niestety, niestety. Sukienka opięła pozimowe krągłości zbyt ciasno. Nie pomogła bielizna modelująca – szwy w akcie ZŁOŚLIWEGO SABOTAŻU puściły. Gdy chwilę potem uszło ze mnie powietrze (ileż w końcu można stać na wdechu?) – sprawa stała się oczywista. Skoro nie posiadłam magicznych umiejętności powiększenia sukienki o pół rozmiaru, muszę siebie zmniejszyć o tyleż. (Co najmniej.) Zminiaturyzować po prostu. Taki sobie wybrałam eufemizm, by się choć trochę podtrzymać na duchu. No bo, przyznaj – czasownik „odchudzić” w przyrodzie występujący na ogół wraz z rzeczownikiem „dieta” – brzmi złowieszczo. Nie ma co ukrywać – wizja tygodni light wydawała mi się tak samo kusząca jak pizza w wersji Doktora Dukana. (Zaklinam Cię, nie próbuj tego powtarzać w domu!) Oto miały nastąpić długie godziny ascezy bez zwyczajowego dostępu do czekolady, rogalików, bajaderek, kajzerek, majonezu, oscypka z żurawiną itd itd. Toż równie dobrze mogli mnie posadzić jak świętego Szymona na jakimś słupie!

– No dobra – powiedziała Dzidka włączając wielki hit zespołu Europe „The final countdown” – mamy inspirującą piosenkę. Jemy po ostatnim pączku i od jutra zaczynamy.
– Ty wiesz jak nie znoszę „diet od jutra”. ( Od jutra jest synonimem – za 2 tygodnie, kiedy już nie tylko nie wchodzę w sukienkę, ale i w moje największe dżinsy ratunkowe, te z domieszką lycry.)
– Okej, zatem weźmy byka za rogi. Zacznijmy natychmiast. – po tym odważnym postulacie, Dzidka wyrwała mi z ręki nadgryzionego pączka z różą, upchnęła go do papierowej torebki wraz z pozostałymi trzema jego braćmi w lukrowanych czapeczkach , po czym, wierzcie lub nie, usiadła na naszej królewskiej uczcie PUPĄ! I wrzuciła okrutnie zmiażdżone słodkie maleństwa do kosza na śmieci.
– Dzidka, dlaczego?! – zawyłam z nieukrywaną rozpaczą w głosie.
– Żeby ci do głowy nie przyszło zjeść to jak wyjdę

Oczywiście mogłam założyć, że przez Dzidkę przemawia sarkazm. Ale ponieważ postanowiłam dwie niedziele wcześniej ignorować minusy i szukać choćby ze świecą plusów WE WSZYSTKIM ( notabene polecam – niezwykle praktyczna postawa) – zinterpretowałam jej odpowiedź jako pochwałę mych zadziwiających umiejętności w zakresie sztuki uniku. Potrafię przechytrzyć nie tylko przeciwnika, potrafię też przechytrzyć samą siebie!

– Pytanie czy potrafisz przechytrzyć efekt jo jo?
– Nie wiem, może być trudno. Wygląda na to, że musimy wynaleźć jakiś patent na te nasze słabości. Musimy opracować spis czynności zastępczych. Wiesz, takich, które będziemy robić zamiast jedzenia. Jak w tym żarcie : panie doktorze co mam robić, żeby nie zajść w ciążę? Szklankę wody wypić. Przed czy po? Zamiast.
– Ja pamiętam jak jedna modelka mówiła, żeby zamiast jeść, wziąć gorącą kąpiel w pianie. No bo, że zamiast do lodziarni, iść na wycieczkę tropem bobrów, to chyba oczywiste.

Ostatnio, właśnie w lodziarni, czekając na puchary o nazwie strawberry fields, poczyniłyśmy ciekawą obserwację – otóż na sali były prawie same panie i może ze dwóch panów. Czemu panie umawiają się na ploty w lodziarniach, a panowie nie? Hm… Z drugiej strony panowie umawiają się w pubach – a to przecież również nie pozostaje bez wpływu na wartość BMI. Więc może nie ma co deliberować od czego która płeć się rozrasta.

Potem sobie przypomniałyśmy jak to inteligentni Szwedzi pozwalają swym pociechom jadać słodycze tylko raz w tygodniu – w niedzielę. I żeby zaistniał jakiś czynnik motywujący dla tej mordęgi – od razu wpisałyśmy małe cotygodniowe szaleństwo (MAŁE) na naszą listę zatytułowaną „Zamiast”. Była tam jeszcze randka – jako fanki „Przeminęło z wiatrem” nie mogłyśmy tego pominąć – już Scarlet O’Hara wiedziała, że się nie jada przed randką, bo potem nie można zasznurować gorsetu.

No a teraz przyszedł czas na Ciebie, teraz Ty możesz nam podrzucić parę pomysłów co robić ZAMIAST. My z Dzidką obiecujemy je zastosować podczas naszego pojedynku z glikemicznymi wiatrakami. I opisać na blogu.

Aa, pamiętaj proszę, jeśli ponownie zdarzy mi się załkać rozdzierająco na fejsbuku i zapytać: Boże, dlaczego stworzyłeś we mnie takie zamiłowanie do Rolady Ustrzyckiej? I dlaczego pytam łaj, muszę je realizować po dwudziestej drugiej?, to pamiętaj nie przegrałam wojny, przegrałam jedynie bitwę.