– No co to się wyrabia, bój się Boga, pani!

Na twarzy dozorczyni malowała się złość. To była złość zastała, co to wżera się w twarz i nadaje jej wyraz tępej pretensji płynącej gdzieś w przestrzeń. Gdyby zdjąć ten grymas, mógłby się okazać, że policzki pod nią całkiem rumiane,  wzrok żwawy, a oczy pełne serdecznych promyczków. No ale ta złość. Ona jak parawan przysłoni wszystko.

– Dopiero co sprzątałam! Nie ma szacunku dla pracy drugiego człowieka. W komunizmie nie było i teraz też nie ma.
Cały korytarz aż po czwarte piętro zasypany był płatkami róż. Właściwie usłany miękkim, imponującym dywanem – tak to powinnam opisać, żeby było adekwatnie. Nie powiem, ktoś tu miał ułańską fantazję.

– Albo się naczytał Harlequinów. – Dzidzia otworzyła drzwi, zanim zdążyłam nacisnąć dzwonek.
– Musiał gość nieźle nabroić. – Jako znawca tematu wiedziałam, że takie akcje mają zazwyczaj dramatyczne podłoże.
– Ha, trafiłaś. Pamiętasz tę parę z góry, co to tak głośno, no wiesz… otóż okazało się, że on poszedł na bok. I wszystko się wydało.
– Poszedł na bok? Ale przecież oni tak głośno, no wiesz… I to codziennie – tak mówiłaś.
– Ano widzisz, krew nie woda.
– I jak się wydało?
– Ona wybrała się na pedicure, a na fotelu obok, proszę ciebie, kochanka. Oczywiście żadna  nie wiedziała o drugiej. Zaczęły sobie gadać – jak to w zakładzie kosmetycznym. Człowiek się zawsze robi wylewny w takich miejscach. Zaczęły od porad Perfekcyjnej Pani Domu – jak sprać plamę po czerwonym winie, a potem zeszły na życie w ogóle. Zafundowały sobie obie masaże stóp, parafinę, więc trochę to trwało, rozumiesz. No i wzięło je na zwierzenia. Od słowa do słowa nagle się okazało, że mówią o tym samym facecie. No bo to jednak charakterystyczne, że on może tak długo, no wiesz…
– Co za niefart!
– Co tu się działo potem! Darła się na cały blok, wszystkie psy na nim powiesiła. Zapisałam parę epitetów, żebyś miała do tych swoich felietonów. O proszę, masz tu.
– %&%^&#@^^&*$%^^&*! – czytałam. – Dziękuję, jesteś nieoceniona. Przyda się.
– Wiesz jakie tu ściany. Jak oni, no wiesz… to zawsze było słychać, więc co dopiero takie wrzaski.
– Czyli on ją teraz przeprasza?
– Na to wygląda.
– A ona da się przeprosić?
Znad naszych głów wydobył się charakterystyczny dźwięk, no wiecie… Spojrzałyśmy na siebie i powiedziałyśmy jednocześnie. – Na to wygląda.

Wyszłyśmy. I tak miałyśmy wyjść. Przecież nie mogłyśmy tak stać i podsłuchiwać. Dozorczyni zamiatała korytarz na parterze.

– No i kto ma to wszystko posprzątać? Ja oczywiście. – gderała – Co za świat! Kwiaty kupił i oskubał. Przy śmietniku zostawił całą wiecheć. Chyba z 50  róż. W dupach się poprzewracało tym młodym! Mnie jak mąż świętej pamięci goździka przyniósł, to święto było.  A teraz! Tak róże oskubać, no bój się Boga, pani.

Na te słowa w drzwiach stanął Pan Leszek mieszkający na działkach. Żaden brudas, nic takiego. Dobry człowiek, abstynent. Noga mu się powinęła w życiu i teraz złom zbierał. Zawsze schludny, zawsze uszanowanko szanownym paniom. Może odśnieżyć autko? Może zakupy powieźć na wózku od złomu? Raz nam dał pęczek bazylii, którą sam wyhodował. Piękne ziółka dla pięknych pań. Będą do pomidorków. A co tak będą rosły na tych działkach, skoro takie piękne panie chodzą po dzielnicy. Wzięłyśmy, a w zamian podarowałyśmy mu pół blachy sernika. Był przeszczęśliwy. Teraz stał w tych drzwiach i coś tam chował za plecami.

– Dobry wieczór pięknym paniom.
– Żaden dobry, patrz pan, co mi tu narobili, cały korytarz, bój się Boga.
– A ja właśnie do pani. Bo to Walentynki.
– Głupie amerykańskie święto. Za moich czasów tego nie było.
– Było nie było, a teraz jest, o! – Wyciągnął za pleców długą czerwoną różę. Z tych droższych. Piękną, z wstążeczką. Zamykałyśmy właśnie drzwi, gdy podawał ją zdumionej dozorczyni.