W dzieciństwie co rusz wysłuchiwałam gderania:
– Wlazłaś na drzewo, spadłaś i stłukłaś kolano tylko dlatego, że Józio postanowił zostać Tarzanem?  Ciekawe czy jak Józio będzie miał fazę na Spiderman’a, to wyskoczysz za nim przez okno?
– Bo ja, bo ja…
– Boja to jest na kąpielisku w Mrzeżynie. Marsz do pokoju!

Minęły lata, a ja ciągle papuguję.  Z tym, że dziś nałóg ten mogę opatrzyć stosowną naukową definicją.

Wyjeżdżamy z parkingu przed osiedlowym supermarketem. Rzecz w tym, że chcemy udać się w lewo, lecz bezduszny znak drogowy nakazuje kierunek przeciwny. I owszem, jeśli skręcimy w prawo, to ostatecznie zrobimy mały objazd, zawrócimy na pobliskim rondzie i znajdziemy się w punkcie wyjścia – pozostając w całkowitej harmonii z przepisami o ruchu drogowym, ile jednak cząsteczek gazów cieplarnianych niepotrzebnie wyemitujemy do atmosfery?  Proszę się nie śmiać, to są naprawdę ważne sprawy. Zresztą zazwyczaj jedziemy jak Pan Bóg (a raczej jak Kodeks drogowy) przykazał. Zazwyczaj skręcamy w prawo i emitujemy. Ale dziś jest inaczej. Co powoduje tę nagłą zmianę  pro – obywatelskich nawyków? Otóż instynkt stadny.  Dezynwoltura kierowcy golfa, który już to łypie okiem czy gdzieś w pobliżu nie czai się radiowóz, po czym wrzuca nerwowo jedynkę i z piskiem opon rusza w kierunku niedozwolonym.  Być może nie byłoby to aż tak bulwersujące – przypuśćmy, że akurat ma żonę na porodówce, tej właśnie odeszły wody i dzielny ów rycerz mknie jej z odsieczą – gorzej, że i my idziemy w jego ślady.

– Ale przecież tam był znak nakazu. Dlaczego pojechałaś w lewo?
– Bo ten przede mną pojechał.
– A jakby ten przed tobą postanowił wjechać w ten bilbord z gołą panią, to też byś tak za nim?
– A czemu on miałby wjechać w bilbord? Poza tym czy ty wiesz ile cząsteczek gazów cieplarnianych jest uwalnianych do atmosfery w trakcie takiego objeżdżania?
– A czy TY wiesz ilu statystycznie stłuczek – tu Dzidka kiwnęła mi przed nosem palcem wskazującym  –  unikają ci, którzy biorą sobie do serca ten znak? Ilu wizyt w zakładzie blacharskim? Ilu emocjonalnych dyskusji z panią z okienka w PZU?
– Bo ja, bo ja…
– Boja to jest na kąpielisku w Ustce. A pilnuje jej piękny ratownik o idealnym BMI.
– O! A nie w Mrzeżynie?
– W jakim znowu Mrzeżynie?

Właściwie to Dzidka ma rację. Ale nie do końca. Bo ona to się lubi wymądrzać. Weźmy choćby zeszły rok – cała Warszawa nosiła spodnie z opuszczonym krokiem. Dzidka też sobie kupiła parę, tyle, że nie wyglądała w nich jak klasyczny jołmadafaka, ale kobieta z pampersem. Albo inny przykład. Wszystkie koleżanki umówiły się z nowym menadżerem do spraw klientów kluczowych, ale tylko Dzidka się w nim zakochała, choć od początku było jasne, że kluczową sprawą jest dla niego zaliczanie. To było proste jak budowa cepa – facet miał kajecik pełen rubryczek, w których stawiał ptaszki:  Jadzia z HR – trafiona zatopiona**, Zocha z księgowości – trafiona zatopiona, Renata z recepcji – trafiona zatopiona, Mirka – asystentka dyrektora PR-u – trafiona zatopiona. Swoją drogą, słyszałam, że ten kajecik był wysoko notowany na męskiej giełdzie papierów wartościowych. Prawie tak wysoko jak kultowe wydania Poradników Adama Słodowego.

Skądinąd naśladowanie w przypadku istot kreatywnych, za jakie się z Dzidką uważamy z pewnością nie wypływa ze świadomego wyboru. Przecież my  gotowe jesteśmy chodzić na szczudłach, byleby tylko nie wtopić się w tłum.  Programowo lubimy odstawać. A w każdym razie, tak nam się dotąd wydawało.

Po zakupach, czas na wizytę w salonie piękności. Pani Grażynka usilnie namawia nas na złote nici.

– Wszyscy to robią, moje drogie.  Efekt jest re-we-la-cyjny. – Grażynka zachwala nowy zabieg. Z entuzjazmem oklepuje policzki, wydyma usta – wszystko po to, byśmy nie przeoczywszy najdrobniejszego szczegółu, podziwiały rezultaty godne Kleopatry.
– Wszyscy niech robią. My się chcemy z godnością starzeć. – Dzidka, niewzruszona, wypala jak z dubeltówki.
Grażynka nabiera powietrza i milknie. Niełatwo znaleźć argument, który miałby podważyć tak bezkompromisową postawę. Proponuje herbatkę i zmienia temat.
– Ale kochane moje, czy ja wam mówiłam jaką mam klientkę? – Tu delikatnie naprowadza nas wzrokiem na okładkę kolorowego pisma.
– Ją? – Dzidka nie kryje podniecenia.
– We własnej osobie. W zeszłym tygodniu robiła nici. A jak zadowolona!
– Naprawdę? Ojej. No nie spodziewałam się. Ok, pani Grażynko, a te no nici, to ile one kosztują i na kiedy się można zapisać? Bo mnie by szybko zależało…