– Co moje oczy widzą?!!
Z kuchni dobył się pełen potępienia ryk. Przypominał głos z horroru. Mogło to mieć związek z tym, że Dzidka miała zapalenie gardła – im bardziej starała się wycisnąć z siebie decybele, tym bardziej krtań eksplodowała charkotem.
– Dzidzia, nie nadwyrężaj się. Spokojnie. Wiem, że nie pozmywałam naczyń, ale naprawdę nie miałam czasu.
(Moja przyjaciółka uważa, że zostawienie w zlewie brudnego talerza po owsiance jest zaniedbaniem zasługującym na publiczną chłostę.)
– Nie o naczynia się rozchodzi! Co to jest?
– Co?
– TO!!!
– A, to. Papierek.
– Widzę, że papierek. Ale co on tu robi?
– No leży. Miejsce papierka jest w koszu na śmieci.
– Ale jakim cudem on się tam znalazł? Zjadałaś batona!!
Dzidzia powiedziała to takim tonem jakbym co najmniej wymordowała pół dzielnicy, a z poćwiartowanych zwłok przyrządziła kotlety.
– To nie ja! To krasnoludki.
– Jasne. Ja wiedziałam, że tak będzie! Przecież dziś ósmy dzień naszego eksperymentu!
– Oj Dzidka, weź. To tylko mały batonik… Patrz, tu jest napisane 58 gramów. To tyle co nic. Nawet dla krasnoludka.
– Nie denerwuj mnie!

Dzidka była oburzona moim brakiem dyscypliny. Dokładnie 9 dni temu spędzałyśmy dziewczyński* weekend. Maseczki, winko, serialiki, rozmowy o facetach, obgadywanie znajomych, takie tam. Około pierwszej nad ranem na stole wylądowała czekolada. Ulubiona. Cudownie łaskocąca zęby. Wypełniająca ciało tkliwą błogością. I właśnie wtedy – gdy chciałam jej skosztować, Dzidce wzięło się na wspomnienia.
– Jak miałam 12 lat, ksiądz nam kazał robić takie praktyki. No wiesz, silnej woli. Mieliśmy położyć na stoliczku nocnym wafelek. A wiesz jak trudno było wtedy dostać wafelka. Nie to co teraz. W kolejkach się stało i w ogóle. Kładłam go więc na tym stoliczku i obiecywałam sobie, że nie tknę drania przez cały tydzień.
– I co?
– Nie tknęłam. Codziennie wieczorem myślałam o niedzieli i jakie to będzie cudowne – jak w tej reklamie. Znaczy reklama lata teraz. Wtedy nie było reklam. Wtedy się brało co rzucili.
– Pamiętam. W sklepach był tylko ocet.
– To było coś. Tak się zdyscyplinować. Tak się w garść wziąć i zwyciężać! Myślisz, że teraz by się powiódł taki eksperyment? No wiesz, żeby udało nam się zapanować nad naszym żarciem? Bo ja myślę, że jak człowiek umie zapanować nad wafelkiem, to zapanuje nad wszystkim. – Dzidka wpadła w rzewny ton, a rozmowa zaczęła oscylować w niebezpiecznym kierunku. Dla świętego spokoju i bez świadomości konsekwencji, rzekłam:
– Nie mam pojęcia. Możemy spróbować. Znaczy, nie że się do tego palę, ale jak chcesz… Jutro kupimy po wafelku i będziemy praktykować. Silną wolę czy co tam uważasz.
– Po co jutro? Zacznijmy dziś!
Dzidka chwyciła moją czekoladę i schowała ją do szafki.
– Zjemy ją za tydzień.
– Veto! Ja chcę teraz! Ja się nastawiłam!
– A ty myślisz, że ja się nie nastawiłam wtedy jak miałam 12 lat?

Zrezygnowana odpuściłam kłótnię. Dzidka wstanie rano i nic nie będzie pamiętać. W końcu wytrąbiła tego wieczora butelkę wina.
Nazajutrz niestety okazało się, że Dzidzia pamięta. A gdy znalazła czekoladę zjedzoną w jednej trzeciej (przez krasnoludki), wpadła w szał. Piekliła się strasznie – musiałam złożyć solenne śluby, że przeprowadzimy eksperyment na nowo. W tym celu kupiłyśmy batony i zaczęłyśmy odliczanie. Było trudno, ale dawałam radę. Aż nadszedł ósmy dzień. Wtedy nie wytrzymałam, wtedy go pożarłam. Potem w panice poleciałam na stację benzynową po następnego, żeby się nie wydało jaka jestem beznadziejna. Teraz wiecie już wszystko.

Obecnie przebywam na robotach przymusowych. Okazało się, że jak jakieś dziecko nie dało rady, to musiało wycierać na mokro ławki w kościele. Ja nie wycieram ławek. Ja przygotowuję brownie z bitą śmietaną. Kara polega na tym, że nie wolno mi go spróbować. Ani oblizać miski ani nic :( Dzidka mnie pilnuje….