Jedziemy na narty. Ale nie o szusach po alpejskich stokach chcę Wam dziś opowiedzieć.

To jest wyjazd w większym gronie. Kilkanaście osób. Sprzęt, wielkie wypchane do granic możliwości walizki pań i dla kontrastu – małe podręczne torby panów. Panowie oczywiście pomagają paniom przy bagażach. I tu się zaczyna:
– Co wy tam macie dziewczyny? Kartofle na placki? A może zabrałyście składany ponton?

Dziewczyny prychają, jedna ripostuje, że owszem ponton, żeby panowie mieli czym spłynąć, Dzidka składa usta w dzióbek, dziarsko chwyta swój bagaż i ciągnie go w kierunku auta. Dwaj gentlemani próbują wyrwać jej z dłoni tobół, Dzidka jednak się nie poddaje i broni go niczym niepodległości – wygląda to trochę jak przeciąganie liny i rzecz jasna, moja przyjaciółka musi się poddać, bo choć jest całkiem silna, to jednak dwóm facetom nie da rady. Puszcza rączkę – panowie tracą równowagę i przewracają się jeden na drugiego, zupełnie jak w wierszu Tuwima (Rzepka na dziadka, dziadek na babcię, babcia na wnuczka…), walizka natomiast ląduje na nich, nadwyrężając nierozgrzane jeszcze na stoku ścięgna. Ktoś przytomnie oświadcza:
– Zaliczyliśmy pierwszą glebę. Sezon uważam za otwarty.
– Sami chcieli. Ja bym sobie poradziła.
– Ciekawe jak? Napakowałaś tam ze trzydzieści kilo klamotów.
– Nie klamotów, ale rzeczy niezbędnych.
– Hmm, chciałbym zobaczyć te rzeczy niezbędne.
– Nie dostąpisz zaszczytu.

Nasza podróż zaczyna się od scysji. Wszystkie patrzymy na Dzidkę z aprobatą. 1 : 0 dla niej. Przygadała im. Co oni tam wiedzą? Jak im wytłumaczyć coś, czego wytłumaczyć się nie da?

Jak na przykład objaśnić przeciętnemu mężczyźnie fenomen damskiej torebki? Matematycznie torebka wydaje się zbiorem zamkniętym, a tak naprawdę jest jak studnia bez dna. Wyciągamy z niej niczym David Copperfiled coraz to inne przedmioty. Gdybyśmy i wyciągnęły królika, nie zdziwiliby się bardziej. „Nasuwa się pytanie: jakim cudem to wszystko się tam zmieściło?” – pytają ze stoickim spokojem – „A co najważniejsze – po co?” – silą się na dowcip. Moje przyjaciółki oprócz akcesoriów podstawowych w rodzaju błyszczyka w czterech odcieniach, pończoch w spray’u, nici do zębów czy żelek Haribo, noszą w torebkach również i mniej oczywiste przedmioty jak choćby – specjalistyczne śruby do felg aluminiowych ( w aucie lubią się zgubić), zdjęcie ukochanego kota (w gipsowej ramce). Odlew własnej szczęki wykonany na okoliczność wybielania zębów. Sześć biletów z nowojorskiego metra, skasowanych (na szczęście). Pierwszy smoczek dziecka (dziecko w tym roku zda maturę). Miniaturowe wydanie wierszy Leśmiana. Piętnaście srebrnych bransoletek. Mam wymieniać dalej?

Zatem. Walizki. Jak wytłumaczyć mężczyznom, że my musimy zupełnie inaczej niż oni? Nam nie wystarczy scyzoryk, dwie pary gaci i GPS. My nie jesteśmy jak Tomek w krainie kangurów. My musimy być przygotowane na wszelkie okoliczności. Szpilki i kozaczki na zmianę, buty emu, ciepła pidżama i zwiewna koszulka nocna (nigdy nie wiadomo), sukienka wieczorowa, płaszczyk do sukienki, jeszcze jedna sukienka (trudno podjąć decyzję którą z dwóch sukienek wziąć, bo w obu wyglądamy zjawiskowo), koronkowa bielizna (jak wspomniałam, nigdy nie wiadomo), bawełniane ciepłe majtki (bo może jednak nie). Krem na dzień. Krem na noc. Krem pod oczy. Krem na szyję. Serum pod krem. Balsam na brzuch. Balsam na biust. Ujędrniający. Antycellulitowy. Maseczka na twarz. Na włosy. I na zniszczone końcówki. Prostownica. Wielka torba pełna tuszy, kredek, pudrów. Szampon z odżywką 2 w 1 (by zaoszczędzić miejsca w walizce). Uff…

Już myślałyśmy, że to będzie jeden z tych tematów, które klinem wbijają się pomiędzy nasze płcie i są kartą przetargową – oni przymykają oko na nasze torebki, walizki, my – na ich mecze Manchester United w towarzystwie kumpli i browarków. A tu – surprise.

Otóż okazało się, że nasze wieczorne pogawędki przy sznapsach, podróże kolejką na alpejskie szczyty, wesołe posiłki regeneracyjne, co rusz przerywane były takimi mniej więcej pytaniami:
– Dziewczyny? Macie może maść rozgrzewającą? Pali mnie czworogłowy uda.
– Dziewczyny, pożyczcie na chwilę pincetę, muszę pogrzebać w krótkofalówce.
– Ma któraś czarny lakier? Zrobił mi się paskudny odprysk na narcie.
– Macie grzałkę do herbaty?! To ja poproszę. Recepcja zamknięta, a mam taką ochotę na coś ciepłego. Eee…,tego, mogę też wziąć tego earl greya?

Panowie nie zauważyli związków przyczynowo – skutkowych pomiędzy gabarytami naszych bagaży, a dostępnością potrzebnych im przedmiotów. Gdy zapytane o sznurek, odpowiedziałyśmy, że nie mamy, ale mamy za to ponton, nie skumali aluzji. Nie uderzyli się w piersi popijając earl grey’a. Cóż, taka ich męska natura. Ale cośmy posłały sobie znaczących spojrzeń, to nasze…

Czy wiesz, że mam dla Ciebie wersję audio?