W weekend uczestniczyłam w wydarzeniu blogerskim organizowanym od pięciu lat przez miasto Gdańsk. Blog Forum – hasło znane każdemu blogerowi i brzmiące nieco hermetycznie dla osób z blogosferą niezwiązanych. Rok wcześniej debiutowałam na Blog Forum w charakterze obserwatora, w tym roku wzięłam udział w jednym z paneli dyskusyjnych, a także wystąpiłam z recitalem na imprezie integracyjnej. (Dzięki, Gdańsku!) O ile recital to rzecz jasna woda na mój młyn, o tyle panel był zupełnie nowym doświadczeniem. Udzieliłam w swym życiu setek wywiadów, jednak to było coś zupełnie innego, nie tylko z powodu siedzenia na deskach Teatru Szekspirowskiego.

Tegoroczna edycja upływała pod hasłem „mówić to mało, trzeba mówić do rzeczy”. Wraz z zaproszonymi gośćmi (Anną Muchą, Jarosławem Kuźniarem oraz Marcinem Ogdowskim) szukaliśmy odpowiedzi na pytanie jaki wpływ na blogowanie ma nasza praca zawodowa ze słowem. Podzielę się moimi wnioskami tutaj – na blogu, bo tam – w Gdańsku trochę zabrakło przestrzeni, by wyczerpać temat.

Napisałam i opublikowałam w swoim życiu dziesiątki piosenek. Jak się je tworzy? Bywa, że kompozytor pisze do tekstu, bywa, że tekściarz pisze do gotowej melodii – ja jestem z tej drugiej szkoły. Nie jest to proste, bowiem materię muzyczną trzeba precyzyjnie wypełnić słowem, tak by zgadzała się liczba sylab, rozłożenie akcentów czy fraza, nie popełniając przy tym brzydkich transakcentacji, minimalizując użycie spółgłosek syczących, niekiedy dobierając wyrazy o określonych samogłoskach – by ułatwić pracę wokaliście. Takich technicznych składowych sukcesu jest bardzo wiele, a oczywiście, są to sprawy drugorzędne – najważniejsze są bowiem ex aequo: sens i oryginalność. Jeśli do tego chcesz być grany w radiach, musisz pisać prosto, rezygnując z mgławych metafor. (Nie używać na przykład słów w rodzaju „mgławy”.) Przykładem niech będzie nowy projekt znanego producenta, nad którym ostatnio pracowałam. Dostałam demo trzech kompozycji, bardzo trudnych w sensie warsztatowym. Wysokie falsety, koniecznie z półnutami na literce „i”, bardzo zawiła rytmizacja, mnóstwo jednozgłoskowców – po angielsku zadanie bezbolesne, w języku polskim droga przez mękę. Po wielu waśniach moja dusza i mój wewnętrzny krytyk zawarły w końcu kompromis, a kompozytor zawył z zachwytu. Dlaczego o tym piszę? Bo to właśnie jest warsztat. To jest ta fala, która niesie dzieło. Tak jak piosenka musi płynąć, tak nasz tekst musi płynąć. Moja praca kompozytorki / tekściarki nauczyła mnie, by w moich literackich ekspresjach również zawrzeć melodykę, rytm, krótko mówiąc muzykę. Dlatego badam czy to co napiszę na blogu, w felietonach czy książce, płynie. Jak? Słuchając. Czytam na głos i słucham – jeśli płynie, osiągnęłam swój cel. Regularne nagrywanie się na dyktafon to w pracy kompozytora, tekściarza czy wokalisty, podstawa, jak inaczej można się zdystansować? Czytanie własnego tekstu przed publikacją jest ukłonem w stronę czytelnika, a już czytanie go na głos jest ukłonem do ziemi.

Z tego wszystkiego wynika bezspornie jedna rzecz – potrzebujesz czasu. W mojej pracy zawsze nim dysponuję, bo od kreacji do momentu, gdy wychodzi ona na światło dzienne, zazwyczaj mijają miesiące. Jeśli zależy ci na njusie, szybkiej reakcji na coś co się wydarza – ta metoda jest nieprzydatna, musisz kuć żelazo póki gorące. Jeśli jednak pieścisz swoje teksty, pamiętaj, czas jest najlepszym weryfikatorem. Daj sobie godzinę, dwie, prześpij się z tematem. Może się okazać, że nie zauważyłeś / zauważyłaś jakichś nielogiczności, niespójności czy choćby zwykłych literówek.

blogerka Monika Kamińska podczas swojego wystąpienia zacytowała Agnieszkę Osiecką. Poetka zapytania o to jak pisać, odpowiedziała „tak jak mówisz”. Jakkolwiek rozumiem, zupełnie się z tym nie zgadzam. Pisz jak mówisz, jeśli jesteś mistrzem mowy. Jeśli nie, pisz lepiej. Słowo wypowiedziane żyje przez chwilę, zostaje wrażenie, energia, synteza, forma znika – nie można do niej wrócić. Jarosław Kuźniar przytoczył zasadę BBC – jeśli nie możesz czegoś powiedzieć na antenie, nie możesz tego również napisać. I rzeczywiście, tekst pisany ma zupełnie inny ciężar gatunkowy. Świetnym na to przykładem są internetowe kłótnie. Przypomnij sobie jak ostatnio kłóciłeś się z kimś w realu. A teraz przypomnij sobie kłótnię na forach albo na Facebooku. Prawda, że zupełnie inaczej? Wracasz z zażenowaniem do tego upublicznienia twoich emocji i chciałbyś je wykasować za pomocą jakiegoś guzika, a one w tym czasie stały się memami i wszyscy pokładają się ze śmiechu. Podziwiam freestaylerów, którzy potrafią budować rymy, sypać z rękawa metaforą ani na chwilę nie wypadając z nurtu. Bycie twórcą symultanicznym to wielki talent i umówmy się, rzadkość. Jeśli tego nie potrafisz, pisz lepiej. Bądź swoją zapgrejdowaną czyli ulepszoną wersją. Bardzo przydatne są słowniki. Słownik Języka Polskiego, Słownik Synonimów – to mój codzienny warsztat pracy. Nie ma dnia, żebym do nich nie zajrzała. Chcę być pewna, że rozumiem znaczenie słowa, którego używam, a czasami znaleźć inne, bardziej plastyczne w miejsce tego, które przyszło mi do głowy na początku. Taka postawa ma swoje mankamenty – wiadomo, lepsze jest wrogiem dobrego. Znam ludzi, którzy wciąż pracują nad jedną i tą samą piosenką, której jak dotąd nikt prócz nich samych nie usłyszał. Na szczęście po tych wszystkich latach wiem kiedy powiedzieć „basta, mam to”.

Podczas panelu pojawiło się pytanie o misję. Definiuję siebie jako artystkę. A każdy artysta jest misjonarzem. Zatem, owszem, mam misję, jest nią śpiew duszy. Rozumiem, że takie sformułowanie może być dla niektórych niestrawne, jednak to prawda. Jestem bardzo zaprzyjaźniona z moją duszą, odmieniam ją przez wszystkie przypadki i całe życie idę z nią ręka w rękę. Moja praca zawodowa nauczyła mnie uważności, również uważności na słowo. To chyba największa wartość dodana. Ten blog jest po to, by opowiadać o duszy, muzyce, miłości używając odpowiednich słów. I myślę, tak jak Joanna Malinowska – Parzydło, której wystąpienie bardzo ze mną rezonowało i było najbliższe memu sercu, że najważniejszą rzeczą jest zrozumieć i zdefiniować siebie, a potem podług tej definicji postępować akceptując wszelkie tego konsekwencje. Czego sobie i Wam życzę.

Autorem zdjęcia jest Marek Wajda, a przedstawia ono wymienionych w tekście uczestników panelu oraz prowadzącą – Matyldę Kozakiewicz.

To jest wpis archiwalny.