Porucznik Borewicz i szpinak? Że to się niby nie łączy w parę? A właśnie, że tak! W moim życiu te dwa pozornie odległe byty splotła mocna nić. Byłam rezolutną sześciolatką i fanką serialu 07 zgłoś się. Niestety, zawsze gdy z telewizora płynęła melodia „Przed nocą i mgłą”, odsyłano mnie do łóżka. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo byłam rozczarowana – cała Polska przed telewizorami, tylko nie ja. Na szczęście gdzieś koło IV odcinka w dużym pokoju stanął nowy regał. Był marki Zefam, stanowił obiekt dumy i, uwaga – teraz będzie najważniejsze, miał drzwiczki pokryte połyskującą politurą – w niej odbijał się ekran telewizora, mogłam więc podglądać. Któregoś razu gdy Borewicz został w mroku zaatakowany przez groźnego bandytę, wrzasnęłam tak głośno, że rodzice odkryli podstęp i ustawili odbiornik pod innym kątem. Przez dwa dni byłam w otchłani rozpaczy i w akcie desperacji odmówiłam zjedzenia parówek. Pomyślałam, złamię rodziców, bo po pierwsze parówki to był towar deficytowy, a po drugie dotąd pochłaniałam je jak smok wawelski barany. Rodzice jednak byli niezłomni, a i mój upór przegrał z łakomstwem – jak klasyczny parówkowy skrytożerca wciągnęłam w nocy ze dwie sztuki z musztardą. Rzecz się wydała, bo w tamtych czasach ilość parówek w lodówce musiała się zgadzać i już. Tak więc w kwestii Porucznika Borewicza przegrałam z kretesem.

No dobrze, ale jak to się ma do szpinaku? Zaraz do tego dojdziemy. Co tu dużo mówić – nienawidziłam paskudztwa. Tej brązowej brei, którą dla niepoznaki chowano w przedszkolnej stołówce pod przypalone na wiór jajo sadzone. A trzeba wam wiedzieć, że to nie były czasy Super Niani. Wtedy się społeczeństwo (a więc i dzieci) dyscyplinowało stosując tak zwane środki przymusu bezpośredniego. Szpinak po prostu musiał zniknąć z talerza – nie było miejsca na negocjacje. Można go było przemycić w kieszonkach raz i drugi, ale gdy dwudziestu starszaków udaje się do ubikacji zaraz po szpinakowym obiadku celem wrzucenia dowodu zbrodni do sedesu – przyznacie jest to widok wiele mówiący obsłudze przedszkola. Przyznajcie, obsługa może nabrać słusznych podejrzeń i ma prawo zajrzeć do kieszonek. Następnym razem niczym Wielki Brat stoi nad talerzami, bacznie obserwując czy dzieci aby znów nie robią dywersji. I jak to zwykle bywa w takich przypadkach, o ile można wpłynąć na zewnętrzne oznaki buntu, tłumiąc je w zarodku, to już znacznie trudniej wniknąć w niepokorne umysły by ziarno rewolty zawczasu wyzbierać i zniszczyć. Dlatego też, choć dzieci dając wyraz obrzydzeniu wmuszały w siebie przepisaną dawkę kalorii i witamin, przysięgły również w duchu dozgonną nienawiść dla tej niepozornej roślinki. Tak oto dochodzimy do puenty. Uczyniłam natenczas śluby, że nie tknę cholerstwa do końca życia, a Borewicza będę oglądać kiedy mi tylko przyjdzie na to ochota. Były to moje pierwsze postanowienia noworoczne. Z tego co pamiętam.

Potem co roku coś postanawiałam. A to, że się do Jasia nie odezwę, choćby mnie powiesili kilka łokci nad klepiskiem i boczki chcieli przypiec, a to, że będę trenować wyrzut piłką lekarską, żeby mieć biceps enerdowskiej sportsmenki, a to, że przestanę podkradać ptasie mleczko z szafy na bieliznę. ( Jeśli zastanawiacie się dlaczego w moim domu trzymano ptasie mleczko w szafie na bieliznę, już znacie odpowiedź.) I tak dalej i tak dalej.

I znów nadszedł TEN czas. Człowiek siada w fotelu i myśli co by tu postanowić. I żeby nie było jak co roku. Że się postanawia i zapomina.

– Może ogłosić na blogu? Bo jak się na blogu ogłosi, to głupio się potem wycofać. – zastanowiła się głośno Dzidka.

Mnie tam dwa razy nie trzeba powtarzać. Dzidka, rzecz jasna nie wie, że zamierzam opublikować i jej listę. Gdyby wiedziała – zabroniłaby mi. A to przecież to dla jej dobra.

Ja:

nauczę się kręcić tyłeczkiem jak Shakira
nie będę „zwiedzać” alejek ze słodyczami w supermarkecie, bo to się zawsze kończy tak samo
naprawdę postaram się kontrolować moje wydatki
zapamiętam różne trudne słowa (jak na przykład perseweracja czy kladogeneza) i będę je z nonszalancją wplatać w moje wypowiedzi
postaram się rzadziej prokrastynować.

Dzidka:

zawezmę się w sobie i wyrzucę w końcu zdjęcie Leo z kosza w komputerze
nie poproszę więcej krawcowej o przyszycie guzika, tylko sama opanuję tę trudną sztukę
wyznaczę sobie jeden dzień w tygodniu, w którym będę dla siebie surowa
radykalnie przebaczę moim byłym, debilom jednym
przerzucę się z kebabów na falafele.

A Ty? Masz jakieś postanowienia? Dawaj w komentarzach.