„Kolejny dzień przynosi nam nowe szanse, nowe szanseeeeeee. I wierzę, że nie skończy się tak jak zawszeeeeee, tak jak zawszeeeeeeee” – wyłączasz radio, wysiadasz pod supermarketem z kapitałem zagranicznym, szukasz złotówki, pchasz koszyk do wejścia. Zakupy. Jogurt, sałata, chudy biały ser czyli to co zdrowa dziewczyna w lodówce mieć powinna. Suniesz statecznie po antypoślizgowych kafelkach, omiatasz czujnym wzrokiem półki wypełnione towarami, nawigujesz na okazje cenowe, szamoczesz się ze swoim wewnętrznym głosem, który niestrudzenie przypomina ci, że przecież obiecałaś. Że nawet jak to będzie ze złota i za pół ceny, ty tego NIE kupisz. Bierzesz rzeczy z listy i wypad. Zakupy mogą trwać męskie 10 minut. A nie, łazisz bez sensu w tę i we w tę. Pomyśl ile w tym czasie można by zrobić klików w te wszystkie aplikacje, ile głodujących szczeniaczków nakarmić. A jednak. Coś cię tu trzyma. Omiatasz i omiatasz. O, krem orzechowy. Nowość. Ale fajny. Jest w nim jakiś nieuchwytny magnetyzm. Chyba dodali do niego czekoladę. Jaki aksamitny, przypomina Nutellę. Nutellę masz na cenzurowanym. Nie możesz jej trzymać w domu – to zbyt ryzykowne. Nie przechowujesz w domu słodyczy. Powód jest prosty – nigdy nie leżakują u ciebie dłużej niż dobę. (Jak byłaś mała, rodzice zamykali przed tobą ptasie mleczko na klucz.) Z zazdrością myślisz o tych wszystkich ludziach, którzy w barkach z alkoholem mają też magazyny czekolad, batonów, ciastek kruchych i innych równie zarąbistych węglowodanów złożonych, do których w dowolnej porze dnia i nocy mogą się odwołać. Ku twemu utrapieniu, z możliwości tej korzystają naprawdę rzadko – co wzbudza twoją zawiść, że tak ich dobrze Bóg skonstruował.

Fajny ten krem. Można by go tak z miodem na wafelek ryżowy hop, myślisz. Wafelek jest cool, ekologiczny i zdrowy. Czytasz etykietę tego kremu. W każdej opowieści jest taki zwrot akcji, bohater przyciska nie ten guzik i do końca świata pozostają 3 minuty. Zwykle w ostatnich 5 sekundach jakoś ten świat ratują, ale nie o to chodzi. To jest właśnie ten moment. Kolejna próba w twoim życiu kończy się fiaskiem. Jakimś cudem twój mózg dokonuje sabotażu. Cała misterna konstrukcja, cały koncept zatytułowany moje piękne nowe ciało zawala się w jednej sekundzie. Czemu? Z powodu kakao o obniżonej zawartości tłuszczu! Tak, tak. Czytasz tę etykietę. Studiujesz ją pilnie. Twój procesor filtruje dane. Ale jak filtruje! W składzie jest również cukier, prażone orzeszki, laktoza, shea i cała tablica Mendelejewa. Jednak nie, ty widzisz wyłącznie kakao, o obniżonej zawartości, ty się go uczepiasz w dzikim triumfie. Chociaż ono jest na końcu i taaaakie malutkie. Już oni na pewno tak to zrobili, że tłuszczu tam jak na lekarstwo, tłumaczysz sobie. Przecież obniżone. Napisali wyraźnie. Nieważne, że cukier, orzeszki, że twój dietetyk przełożyłby cię przez kolano, że facepalm. Nie. OBNIŻONA ZAWARTOŚĆ.

Jest taki termin w literaturoznastwie, nazywa się zawieszeniem niedowierzania. Czyli czytasz dzieło i wiesz, że masz do czynienia z fikcją, ale przeżywasz jakby to była prawda. W sumie oczywiste, nie da się przeżyć książki czy filmu bez wejścia w buty bohaterów. Wejdź sobie na przykład na forum M jak Miłość i poczytaj komenty widzów: „przecież on nie zdradzi marty drugi raz, a już na pewno nie z taką gruba pi z z z dąąąą”. No, ale wracając do sedna. W przypadku tych peanutów zawieszasz niedowierzanie i kupujesz, bo przecież kakao. O obniżonej zawartości. To fascynujące jak mózg potrafi nas oszukać. I co ci będę mówić – nie da się z tym nic zrobić. Po kremie zostało wspomnienie. Było, minęło. Jednak pamiętaj, kolejny dzień przynosi nam nowe szanse…

To jest wpis archiwalny.