Jedziemy, a właściwie toczymy się drogą E57 za ciężarówką na czeskich tablicach rejestracyjnych. Na plandece okrywającej sześć ton szprotek w oleju widnieje koślawy napis Nadoko. Droga jest wąska, ruch duży, nijak nie można cholerstwa wyprzedzić. Co nam się uda choć trochę wysunąć głowę z wielokilometrowej przymusowej kawalkady, w ruch idą bezlitosne Prawa Murphy’ego. („W walce pomiędzy tobą a światem, opowiedz się po stronie świata.”) Cierpliwość jest cechą mędrca – wzdycham. W końcu – nie wierzę własnym oczom – na przeciwległym pasie robi się pusto niczym w stepie szerokim.
– Teraz! Teraz albo nigdy! – woła Dzidka i skanduje nienaturalnym basem „Polskaaaa biało – czeeerwoniiiii!” (Pasażer nie pojmie dlaczego kierowca pozostaje niewzruszony wobec takich happeningów, póki sam nie zazna rozkoszy prowadzenia auta po drogach krajowych, na przykład E57.)

Jak na doświadczonego rajdowca przystało redukuję bieg, mocnym manewrem wychodzę z szeregu, przecinam śnieżne koleiny, wrzucam czwórkę i doganiam szoferkę Nadoka.

– No, nie. Facet ogląda film! Jak on to robi? Świr jeden. Weź zwolnij trochę!
– Dzidka, wyprzedzam, nie mogę zwolnić.
– Zwolnij, muszę zobaczyć co to za film. No ja się wcale nie dziwię, że on się ciągnie jak żuczek po pustyni. Nie uwierzysz! Ogląda Terminatora! *

Jasny gwint, ciągła linia, zakręt, skąd to tutaj? Daję szprotkom rozpaczliwe znaki, ciężarówka ostro hamuje, uf, udało się. Nie mijają trzy minuty, a znów przytulamy się do kolejnej wielotonowej zawalidrogi – hasło nad tylnym zderzakiem „King of the Road” wróży kolejną lekcję cierpliwości. Nasz zderzak natomiast jest mentalnie atakowany przez mocno zirytowanego wielbiciela Gubernatora Schwarzenegger’a.

– No i czego tymi światłami miga! Całkiem widno jeszcze. Nie musi nas doświetlać, pepiczek jeden.

Dzidka bardzo znudzona postanawia wzbogacić naszą podróż w wątki intelektualne i głośno deliberuje czy napis na plandece traktuje o trzecim oku czy może raczej chodzi o oko Wielkiego Brata. A jeśli tak, to jak się mówi Wielki Brat po czesku.

– Może staniemy na siusiu? – schodzi wreszcie na ziemię.
– Zawsze mi to robisz. Wyprzedzę w pocie czoła tuzin tirów, dwa harleye, a ty mi każesz stanąć i pomachać im wszystkim chusteczką!
– To nie ja, to mój pęcherz!
– Czy twój pęcherz mógłby wziąć pod uwagę, że ja się tu zmagam z infrastrukturą? Czy zdajesz sobie sprawę jak mnie to stresuje?
– No właśnie: byśmy sobie ładnie stanęły, wypiły kawkę, a potem to ja bym mogła poprowadzić.
– Mowy nie ma. Ty jesteś kierowca katastroficzny!

Odkąd Dzidka nie trafiła w światło bramy wjazdowej trwale uszkadzając nie tylko mój pojazd, ale i bramę (głupia brama!), obowiązuje ją półroczna karencja w zasiadaniu za kółkiem. Dezerterujemy z szeregu pojazdów i zręcznie wślizgujemy się pomiędzy śnieżne zaspy na podjeździe przed motelem Alibi.

– Hmm, to będzie kawka po turecku raczej. – Pstrokate neony nie mieszczą się w dzidkowych kanonach elegancji. – Swoją drogą, cóż za perfidia nazwać tak przydrożny motel!
– Ależ ty masz, królowo, wielkopańskie nawyki! Te twoje kafejki, w których za 50 zeta napchamy się ciasteczkiem o powierzchni czterech centymetrów kwadratowych i spełnimy poranną kawę na wodzie Perrier. Zresztą tam to się dopiero perfidie dzieją, ci wszyscy biznesmeni i ich dwudziestoletnie asystentki 90-60-90.
– Bo ja jestem kobieta luksusowa i luksusu się nie boję. A poza tym lepiej być pięknym i bogatym niż tylko pięknym.
– Bogaci mężczyźni lubią piękne kobiety, to ułatwia sprawę.
– Może i lubią, ale czy się z nimi żenią? Popatrz na Weronikę. Jest piękna. Fakt. I co z tego? Ten jej Marian ciągle odkłada poinformowanie szanownej małżonki o wyczynach swego alter ego. Dlatego drzewiej, pomiędzy cnotliwą panną a szanowaną mężatką nie było ogniw pośrednich. Mówię ci, nasi przodkowie to mieli wszystko poukładane jak się patrzy.

Przyniesiono kawę. W filiżankach, z ciśnieniowego ekspresu. I naleśniki z serem. Całkiem, całkiem. Świat i ludzie – cmoknęła Dzidka.

– Mają panie szczęście. Dopiero co otworzyliśmy. Przez dwa tygodnie z powodu tych opadów nie było u nas prądu.
– Będzie baby boom w gminie na jesieni – zauważamy.

Wtem do baru wbiega czeski kierowca szprotek o wyglądzie socjopaty. Jest wkurzony, gestykuluje i idzie jak taran prosto na nas. Nie robi to na nas specjalnego wrażenia. Przecież nie można brać poważnie człowieka, którzy na czarodziejski flet mówi zahlastana fifulka. Moja kochana przyjaciółka bierze go podstępem – chowa się za torebkę i krzyczy na cały głos: Ne ubiwajte me, pane Terminatore!

Bomba rozbrojona, facet wybucha śmiechem i przysiada się do nas. Pewne rzeczy są uniwersalne. A w przyszłym roku jedziemy do Pragi.

 

* Po czesku brzmi to: „Elektronicky mordulec”.