Duży, drewniany stół niknął w półmroku salonu. Stateczny zegar oznajmił światu, że pora na podwieczorek. Tak właśnie. Nie jakiś snack czy cake, ale podwieczorek.

Lucyna podeszła do etażerki i chwyciła w dłonie filiżanki w różyczki.

– Zaraz wam uszykuję herbatę, dziewczęta. Cieszę się, żeście mnie odwiedziły. Mam dla was coś specjalnego.
– Co takiego, pani Lucyno? Pokaże nam pani swoje kapelusze?
– E tam kapelusze. Myślałam raczej o smakołyku.

Lucyna ma koło osiemdziesiątki. Jej twarz przypomina bochenek wiejskiego chleba. Oczy są wciąż jasne, mimo, że wiele widziały. Lucyna była garderobianą. Spotkałyśmy ją w Teatrze Wielkim. Przyszła do farbiarni. Przyniosła żółty żakiet i rzekła z rozbrajającym uśmiechem: panowie, chciałabym, żeby był niebieski. Kochana pani Lucyno, pani życzenie jest dla nas rozkazem. Lucyna jest tu legendą, kto by jej odmówił! W tym czasie byłyśmy parę pięter wyżej. Wypożyczałyśmy kostiumy do teledysku. Spełniały się moje dziecięce marzenia. Włożyłam suknię z krynoliną i próbowałam tańczyć przed lustrem, ale w magazynie było zbyt ciasno. Wyturlałam się więc na zewnątrz (gabaryty sukni pozwalały jedynie na wyturlanie) i wpadłam na Lucynę, która z laseczką sunęła dostojnie przez korytarz. Tak zaczęła się nasza znajomość.

– A cóż to? Poznaję tę suknię. Mój Boże, przyszywałam do niej koronkę. O, i ta sprzączka, pamiętam ją!
– Naprawdę?
– Tak, to musiał być sześćdziesiąty… ale który… Nie pamiętam.
– A długo tu pani pracowała?
– Oj długo, ze 45 lat. Wszystkich znałam. Wszystkie gwiazdy. A ty dziecko jesteś aktorką? Grasz tutaj?
– Tak, aktorką. Chyba ze spalonego teatru – wtrąciła moja kochająca przyjaciółka.
– Nie, nie. Będę w tej sukni grać w teledysku. Jestem piosenkarką.
– O. To muszę zobaczyć. Gdzie to można? W telewizji?
– W internecie.
– To ja nie mam tych internetów.
– Ja mam. Mogę pani pokazać.

Tak oto siedzimy w salonie Lucyny na Żoliborzu. Wiosna wpada do pokoju przez otwarte okna, słyszymy tramwaje i gwar z ulicy, popijamy herbatę. Lucyna wnosi mazurek. Piękny, lukrowany.

– No to jest mój specjał. Robię według przepisu Ćwierczakiewiczowej. Wiecie kto to?
– Tak, słyszałyśmy. Dziewiętnastowieczna autorka książek kucharskich. Była mega, to znaczy bardzo popularna.
– Prawda. Wiecie co Prus o niej napisał? „O czym u nas nie marzył Mickiewicz, to zdobyła pani Ćwierczakiewicz.” Tyle książek sprzedała! Moja mama ją uwielbiała. Dlatego dała mi jej imię. – Na policzkach Lucyny pojawiły się rumieńce. – Mama codziennie gotowała z jej książki „365 obiadów za 5 złotych”. Codziennie. Aż do powstania. – Lucyna zamyśliła się.
– Pamiętam! – wykrzyknęłam – Złośliwa była bestia z tej Lucyny. Czytałam gdzieś, że jak Orzeszkowa, która mogła tylko pomarzyć o jej nakładach, kiedyś tam ją zaczepiła i powiedziała: to pani pisze o plackach?, usłyszała w odpowiedzi: a pani pod placki.
– He he. Żaden autor nie chce być podpórką pod kwiatek czy placek, wiadomo.

Mazurek wyglądał jak chmurka. Warstwa kruchego ciasta była przykryta pierzynką masy migdałowej. „Gdy ciasto upieczone, oparzyć, obrać i pokrajać w paski funt migdałów, wrzucić je w utarty z trzech białek i funta bardzo miałkiego cukru lukier, wcisnąwszy weń pół cytryny. Lukier trze się bardzo długo. Położyć grubą warstwę tej masy na ciasto i wstawić na pół godziny w wolny piec.” – czytamy u Ćwierczakiewiczowej. – Brzmi łatwo. Tym bardziej, że chyba można utrzeć w mikserze, prawda, pani Lucyno?
– A gdzie tam! Ja tarłam ręcznie. Tak jak mama.
– Co się stało z mamą, pani Lucyno?
– Przeżyła, ale już nigdy nie doszła do siebie. Zmarła po wojnie w szpitalu na Nowowiejskiej. Straszne rzeczy, nie ma co przy Wielkiej Nocy opowiadać. – Lucyna machnęła ręką jakby chciała odpędzić złe wspomnienia. Wszystko jest dobre, nawet jak wygląda na złe. Tak sobie myślę. Tyle rzeczy się zdarzyło w moim życiu. Tyle złych. A ja z tego wszystkiego pamiętam tylko te dobre. Tak trzeba, dziewczęta. Złe zapomnieć, dobre pamiętać. Jedzcie mazurek. Jedzcie, złociutkie.