Uwielbiam saunę. Najpierw wyciskamy z Dzidką siódme poty skacząc po stepach w rytm hitu dyskoteki Gusttavo Limy, w którym przystojny ów młodzieniec śpiewa, że ma ochotę na bara bara (na cóż zresztą innego miałby mieć ochotę przystojny młodzieniec??), a potem rozkładamy się na drewnianych siedziskach i obserwujemy słupek w termometrze zawieszonym tuż przy wejściu.

– Fajnie, że kupiłyśmy te gorsety, nie? Jak Bąbel zobaczył mój, to oszalał. Mówię ci, rozpinał te sprzączki z takim pietyzmem jakby to był pasek rozrządu w jego audi.
– He, he – zarechotałam lubieżnie.
– 82. Gorąco jak w piekle.
– Zatem czas na afirmację: moje ciało pozbywa się toksyn, a ja staję się leciutka jak piórko.
– Musi pani koniecznie wziąć lodowaty prysznic, wtedy odchudzanie jest skuteczniejsze. – szczupła by nie powiedzieć wysuszona jak mumia Tutenchamona kobieta, na oko dobrze po czterdziestce udziela mi życzliwej rady wcale o nią nie proszona – w ogóle to dobrze jest okręcić się folią spożywczą, to świetnie spala tłuszcz.

Mózg sobie okręć folią – myślę. Jednak, będąc zakładniczką konwenansów, ujmuję rzecz inaczej:
– Naprawdę? Fajny patent. Muszę spróbować.
– Tak, ja też muszę. Właściwie, to i pani by mogła – to nie tylko tłuszcz spala, ale i biust ujędrnia. Przydało by się. Dzidka konwenansów nie uznaje. I za to ją kocham.

– Ty za uprzejma jesteś. Silnym trzeba być, nie miętkim.  – poucza mnie chwilę potem w szatni.  Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Nie zliczę tych wszystkich żenujących epizodów z przeszłości, gdy zamiast spuścić solidne manto różnym bałwanom, uśmiechałam się  gładko i grzecznie potakiwałam. Gdy tak myślę nad tą moją ułomnością, przychodzi mi do głowy pewne zdarzenie sprzed lat. W II klasie podstawówki pewna Zuzia (działając w silnym afekcie, przyznaję)  melodramatycznie  wyrzuciła ze swojego tornistra całą zawartość, po czym chwyciła w dłoń dwa kawałki kredy, podbiegła do mnie i odcisnęła mi na bluzce, w miejscach gdzie dziewczynki mają sutki, dwie kropki. Powód tej gorszącej sceny – Jasio, którego Zuzia darzyła płomiennym uczuciem, a który mnie wolał ciągnąć za warkocze, nie ją, ryknął śmiechem, ja natomiast otrzymałam nowe przezwisko – „cycki”. Gdyby zdarzyło się to powiedzmy osiem lat później, może i byłabym dumna, ale wtedy… W ogóle, rozgrzebywania przeszłości nie polecam. Człowiek wpada w nastrój minorowy i wszystko idzie nie tak: podczas brunchu kelner pyta czy podać do sałaty sos light, przystojny wspólnik wita nas aseksualnym: czołem ciotka, po czym kwieciście  komplementuje nogi recepcjonistki, na nosie wyskakuje pryszcz…

Po południu idziemy z Dzidką do Baptiste’a. Baptiste urodził się w Marsylii, jest znanym projektantem, a  ostatnio rzucił go chłopak. Poznaliśmy się na Moście Świętokrzyskim, mniejsza o szczegóły i obaliliśmy butelkę Pastisa (co było dużym poświeceniem, gdyż trunek to obrzydliwy.) Baptiste bardzo nas polubił i nalegał, byśmy go odwiedziły. Tak więc idziemy dziś do jego butiku. Butik jest bardzo elegancki. Na wystawie wisi śliczna sukienka, cudeńko. Wchodzimy do środka. Pani o tali osy, w tipsach z różyczkami wychodzi zza lady i mierzy nas wzrokiem.

– Chcemy ją przymierzyć. – Dzidka wskazuje manekin.
– Mamy tylko małą czterdziestkę.
– Poprosimy, jeśli łaska – nie traci rezonu i ciągnie mnie w stronę przymierzalni. Chowam się  za kotarą, gdzie szlag mnie trafia, jak nie przymierzając Jonasza w brzuchu wieloryba. Dzidka siada na podłodze i każe mi się zamknąć. Zamykam się, biorę wdech – mam na sobie majtasy a’la Bridget Jones, więc stosunkowo łatwo przychodzi mi zapięcie suwaka, staję przed lustrem (które złośliwie umieszczone jest na zewnątrz kabiny).

Dzidka podnosi się, ogląda mnie to z przodu, to z tyłu, po czym uroczyście oznajmia:
– Ślicznie. Naprawdę ślicznie. No może ze 2 kilo i będzie akurat.
Dzidka jest najlepszą przyjaciółką pod słońcem. Rzeczywiście wyglądam ślicznie mimo ogólnego naburmuszenia. Ta sukienka jest czarodziejska.
Ekspedientka patrzy niechętnie, a krzywy uśmiech nie schodzi jej z twarzy.
– I co? Są panie zainteresowane? Sukienka będzie dość droga niestety. Na zamówienie. Trzeba będzie na nią poczekać, ta jest dla jakieś piosenkarki, pozwoliłam paniom przymierzyć tylko tak  – triumfuje
– O, a jaka będzie przewidywana cena? – nie kryję rozczarowania
– Nie wiem, szef zaraz się zjawi, to zapytam.

Szef zjawia się pięć minut później. Rzucamy się sobie w objęcia.
– Bon Dieu! Dziewszyny! Quelle surprise!Cesze się, że waś widzę. Mam  prezent, ma belle. Na ten recital za dwa tygodni. Bedzies najpięknejsza,  vraiment sublime. Ohh la la.
– Pani Maria, gdzie jes moje bébé?
Ekspedientka wychodzi z przymierzalni z sukienką na wieszaku.
– Jest tu, pozwoliłam paniom przymierzyć.
– Super, super. To własnie dla cette mademoiselle – wskazuje na mnie, paradnie się kłaniając – jest mon bébé.

Powiem tylko tyle – zobaczyć minę  osy – bezcenne.