Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wyzwanie z jakim przyszło się zmierzyć mnie i Dzidce w dniu pierwszego listopada, dla wielu z Pań nie byłoby żadnym wyzwaniem. Ot dzień, jak co dzień. Gdy myślę o tym na spokojnie, nawet się dziwię, że się aż tak zestresowałyśmy. Teraz, po czasie, uważam to nawet za zabawne. Potrafimy z Dzidką tyle różnych rzeczy. Ja na przykład potrafię przyciąć swój wokal w protoolsie, a Dzidka – poprowadzić szkolenie z technik marketingu wirusowego. Umiemy zrobić doskonały crème brûlée, zablokować upierdliwe aplikacje na Facebooku, przeczytać na głos wiersz Rilkego w oryginale (no dobrze, to potrafi tylko Dzidka – ale jedynie dlatego, że ją rodzice wysyłali na obozy OHP do NRD, a mnie – do Czechosłowacji), wytrzymać 6 minut w pozycji Baddha Koṇāsana (no ok, to też tylko Dzidka), zgubić się w Borze Tucholskim i odnaleźć drogę powrotną wytyczając azymut dzięki wiedzy Pana Samochodzika – no wiecie, że mech porasta drzewa zawsze od północy i takie tam. Wiemy również wiele rzeczy: na przykład, że nie należy jeść foie gras (!), że darowiznę odlicza się od dochodu, a składkę zdrowotną od podatku, że jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy itd. Ogólnie jesteśmy obyte i ogarniamy, ale jak się trzeba zająć przez jakiś czas pięciolatką, no to się robi mały problem. Pięciolatką dodajmy rezolutną i taką, której się buzia nie zamyka (nie wiem czy to przypadłość wszystkich pięciolatek, czy tylko tej konkretnej).

W przeddzień Wszystkich Świętych zadzwonił telefon. Mariola, nasza koleżanka właśnie została poinformowana przez szanownego małżonka, że ów wyprowadza się do innej. Zaraz potem urwał jej się film, wpadła do czarnej dziury i właśnie z niej do nas zatelefonowała. Chwała Bogu, że miała tam zasięg. Powiedziała tylko parę słów, a my od razu wiedziałyśmy, że sytuacja jest krytyczna i ktoś natychmiast musi się zająć Marysią czyli córeczką Marioli.  W całej swej mądrości nie mogłyśmy przecież pozwolić, żeby Marysia przeżyła traumę, choć z drugiej strony przynajmniej miałaby o czym opowiadać 20 lat później swojemu psychoanalitykowi. Mariola była w takim stanie, że lepiej nie mówić. Przypominała zombie i tak też się zachowywała. Cóż było robić – wzięłyśmy pod skrzydła nieco wystraszoną córkę bardzo wystraszonej i pokonanej przez życie matki.

– To jak to ciociu, to tatuś już nie będzie z nami? Bo mama płakała, że on idzie do zdziry. Ciociu, a co to jest zdzira? Czy to jest jakiś cyklop? On mówił, że tyra i tyra i nic z tego nie ma.  Znaczy tata, nie cyklop. Ale jak to nie ma? Przecież mi kupił ładny piórnik. I ja mu wtedy powiedziałam, że go kocham. I on płakał, ciociu, wiesz? A dlaczego on płakał? Przecież on nie musi iść do zdziry. Prawda?
– Tak kochanie. To tylko na razie tak. Wszystko będzie dobrze. Czasami ludzie mówią sobie złe rzeczy, a potem się przepraszają.
– No to ja wiem. Jak powiedziałam jednemu chłopakowi z przedszkola, że tańczy jakby miał padaczkę, to on się poryczał. A pani powiedziała, że mu zrobiłam przykrość i wtedy ja go przeprosiłam. A on do mnie „wywłoko”. Ciociu, a co to jest wywłoko? To chodzi o zwłoki? Bo babcia jak dziadek umarł, to mówiła, że zwłoki były jeszcze ciepłe jak go zabierali. A dokąd oni go zabierali? Ty wszystko wiesz ciociu, to pewnie dlatego, że jesteś taka stara. A pamiętasz Potop ciociu? Bo ksiądz mówił, że Potop był strasznie dawno temu.
– Nie kochanie, nie pamiętam, ale pamiętam Tutanchamona.
– A to był cyklop?
– Nie kochanie, faraon.  Zbieraj się, idziemy na cmentarz, to tam, gdzie zabrali dziadka. Zapalimy mu znicze. Chcesz?
– No możemy. Ciociu, a co to jest śmierć?
Trochę nas zatkało, nie powiem.
– Zobacz Marysiu, pada deszcz, a potem jak jest bardzo zimno – zamarza. I robi się lodowisko. Albo wlewamy do czajnika wodę i potem ona się gotuje i leci para. I to się nazywa zmiana stanu skupienia. Ale to zawsze jest woda. Rozumiesz? I śmierć, to jest właśnie taka zmiana stanu skupienia.
– A… No to git! Idziemy na cmentarz.  Zobaczymy jak się dziadek skupił.