Miłka ma 55 lat. Jest drobniutką blondynką o jasnej twarzy i spracowanych dłoniach. Nosi czarną hennę, którą robi u Basi za 8 złotych. 8 złotych to sporo, ale co tam, raz w tygodniu można. Paznokcie maluje sama. Iść z tym do salonu, to by była fanaberia. W prawdzie tani lakier szybko schodzi, a jakby robiła u Basi, trzymałby się dłużej, ale że nie nosi rękawiczek podczas sprzątania, to zawracanie głowy. Jej chlebodawczyni kupiła paczkę silikonowych rękawiczek. Proszę używać, co sobie będzie pani ręce niszczyć? Raz włożyła, a potem już nie. Niewygodne.

Miłka jest świątynią radości. Spotykam ją na schodach i mówię: pani, pani Miłko, jak Dalajlama, zawsze uśmiechnięta. Gdy to słyszy, śmieje się. Zaglądam w jej oczy i nie widzę w nich żadnej skargi. Ona zawsze taka. Świecąca.

Rentę jej zabrali, znalazła sobie pracę u ludzi. Wciąż jest na powierzchni, pod wodę nie idzie, choć wielu na jej miejscu, dawno by zatonęło, próżno wzywając na ratunek obojętny świat. Jej ojciec dostał udaru i leży. Miłka idzie z zupą, albo poprawiać poduszki. A jak były święta, to wymyśliła, żeby ojca przynieść do stołu. Wzięła dwóch młodzieńców z osiedla, nosze załatwili i raz dwa z tymi bambetlami między regał a tapczan, aż wazon zbili. Miłka cała uchachana, że to nic, wazon Gierka pamiętał, to i czas na niego.

Albo jej córka. Znów trafiła na niewłaściwego faceta, i on znów zostawił jej Pamiątkę. Teraz obie Pamiątki, patrzą zasmarkane jak mamusia się awanturuje, lata od ściany do ściany, potem siada przy komputerze, zapamiętale uderza w klawiaturę, stroi miny i robi sobie fotki. Ojej, jak trudno za tym nadążyć. Jednego dnia masz super mamę, a następnego poznajesz nowe, fascynujące słowa w rodzaju: impotent, ciamcia-ramcia, ciul albo dziad kalwaryjski. I nie daj Boże, powtórzyć je w przedszkolu.

Miłka kwituje to wszystko wzruszeniem ramion. Ale takim dobrotliwym, nie cierpkim. Jest jak ma być. I zaraz smaży wnukom naleśniki, smaruje NutelLą. Mężczyźni? Przejmować się nimi, głupota. Przecież każdy jest, jaki jest. I my kobiety, i oni mężczyźni. Potem opowiada jak pięknie wymyła dziś okna, jak lśnią i że octem wymyła, bo najskuteczniej i najtaniej, a nie jakieś wynalazki, ajaxy. I śmieje się, że życie jest piękne, tylko czasami nie przypudrowane. Że nigdy nie jest źle, tylko czasem wina brak. Nie, no oczywiście żarty na bok. Ona, Miłka, nie miewa złych myśli, bo takie jej po prostu do głowy nie przychodzą. W każdym razie od dawna. Czyli kiedyś przychodziły – drążę. Tak, ale coś się wydarzyło. To było wtedy jak Janek, jej mąż został zastrzelony. Siedziała na komisariacie w strasznym szoku, w głowie zamęt. I nagle przyszedł spokój, owinął ją jak kocem i w tym cieple, uniósł dokądś, i choć wciąż tam była, to jakby jej nie było, i choć wciąż była sobą, to jednak nie-sobą, i stała tam przyglądając się sobie tak jak umarły przygląda się swej własnej trumnie. Od tamtego czasu patrzy na wszystko jak na film. Na siebie tak patrzy. Na paznokcie, szyby i wnuki umazane Nutellą.

Bo wszystko, co złe robi ten diabełek w nas. Ale jego nie można przepędzać, tylko zobaczyć tak, jak ona go zobaczyła. I przyjąć. Ale on w trumnie leżał, ja się boję – płacze Pamiątka 1. Pamiątka 2 nic nie rozumie, więc płacze na wszelki wypadek. Miłka kładzie dłonie na małych łepetynkach i uspokaja, że nie taki straszny diabeł jak go malują, właściwie to całkiem zabawny, a najbardziej ze wszystkiego, potrzebuje miłości. Mamy diabełka kochać, babciu? Tak, serca, dokładnie tak.

Wychodzę od niej ze szklanką krupczatki, uśmiecham się do mojego diabełka i myślę, że to początek nowej drogi.

To jest wpis archiwalny.