– Ale niech się nie złości, złość piękności szkodzi.
– Jak mam się nie złościć, kiedy ja muszę ruszać dalej?
– Musi to na Rusi.
– Dowcip się pana trzyma. No to kiedy? Bo mój chłopak czeka – daleko stąd. Byliśmy umówieni, mieliśmy spędzić długi weekend nad jeziorem. Wzięłam przyjaciółkę, która właśnie przeżyła załamanie nerwowe.

Spojrzałam na Dzidkę zaskoczona – czułam się całkiem dobrze, tak na ciele jak i na umyśle. Już chciałam coś powiedzieć, ale jej wzrok skasował sprostowanie, które cisnęło mi się na usta.

– Ja rozumiem, że jezioro i te sprawy, ale co ja mogę? No co ja mogę?

Pan Dobromił wysłał wszechświatowi pytanie retoryczne i wzruszył ramionami.

– Przyjedzie Karolek, mój pomocnik, to go zaraz wyślę do miasteczka po zaworek. Chociaż nie wiem czy przyjedzie, bo on miał jechać po jakiś pierścionek.
– A nie można do tego Karolka zadzwonić?
– Można, ale nie odbierze.
– Ale dlaczego nie odbierze?!
– Bo on nie odbiera jak jedzie. Dopiero się nauczył i ma stracha.

– O Jezu! – Dzidka wzięła mnie na bok – no ładnie, wyobrażasz sobie ile temu fajtłapie zajmie droga po zaworek.  A miało być tak pięknie.
– Dzidka, jest pięknie, zobacz jakie słońce, jakie niebo!
– No niebo fajne, ale jesteśmy pod niewłaściwym kawałkiem, Bąbel czeka 350 km na zachód.
– Zawsze jesteśmy pod właściwym. Kocha, to poczeka. Idźmy na spacer.
– Na spacer? Nie idę na żaden spacer, zostaję i czekam na Karolka!

Los nad nami czuwał, że pompa popsuła się właśnie tu. Auto  podskoczyło, a na wyświetlaczu pojawiło się złowieszcze STOP. Dzidka od razu wpadła w panikę –  utkniemy na 48 godzin bez jedzenia i wody. Nie wiem skąd jej to przyszło do głowy skoro na horyzoncie stało miasteczko, asfaltówka uginała się pod ciężarem pędzących aut, a my – dopiero co minęłyśmy bar Ramzes. Jednak umysł poddał się czarnym scenariuszom i za nic miał okoliczności obiektywne. Weekend z głowy, tak się starałam, nie będzie zaworka, Bąbel się obrazi i co gorsza pójdzie pograć wieczorem w bilard, tam pozna Zuzannę 70 H i się z nią ożeni, a mnie, z sentymentu, uczyni matką chrzestną ich bliźniaków.

– Aaaaa! Natychmiast przestań. Ściągasz na nas kłopoty. Idziemy!
– Ale dokąd? Tu nie ma dokąd iść, tylko pola i pola.

Czasami w życiu trzeba wykazać się charakterem. Wyprężyć muskuły i trochę na siłę wepchnąć naszych ukochanych towarzyszy na inną trajektorię ruchu. Gdy widzimy, że lecą gdzieś ku czeluściom. To była właśnie ta chwila.

Zarządziłam spacer tonem tak nieznoszącym sprzeciwu, a język mojego ciała potwierdził to tak jednoznacznie, że Dzidka posłusznie wstała i podreptała za mną. Wyglądała trochę jak bohater wiersza z dzieciństwa „ze spuszczoną głową powoli, idzie żołnierz z niemieckiej niewoli”. Ja za to szłam raźno, zachwycając się światem.

– Zobacz jak słońce przepycha się łokciami! A to jest rzepak proszę ciebie, właśnie kwitnie, a tam przeleciała jaskółka – popisywałam się wiedzą z zakresu upraw rolnych i ornitologii.
– E tam. – W głosie Dzidki pobrzmiewała złość. Przypominała dziecko, które skupione na własnej chandrze, nie zauważa zamku Disneya.
– Cieszę się każdą chwilą. Ty też powinnaś.
– Egzaltujesz się, a ja chcę już być z Bąblem. Ten głupi zaworek nie miał się kiedy popsuć.
– Cóż złego w byciu egzaltowanym? Wychowałam się na Ani z Zielonego Wzgórza. To zobowiązuje. Mogę nawet przejść boso po jakimś dachu. – Mrugnęłam do Dzidki i posłałam jej promienny uśmiech, co ją rozbroiło.
– Wiem, przepraszam. Po prostu jestem zła. Miałam plany. Chciałam, żeby było fajnie.
– Kochanie, jest fajnie, nie widzisz?

Szłyśmy dobre 40 minut, warsztat pozostał daleko w tyle, a zakurzona droga zaprowadziła nas na wzgórze,  z którego rozciągnął się wyborny widok. Dywany z wysokich traw zieleniły przestrzenie nadmiarem chlorofilu, życie tętniło na powierzchni, a my upajałyśmy się ciepłem i słuchałyśmy pulsu ziemi. Usiadłyśmy nad rzeczką, która biegła serpentyną od lewa do prawa i rozmawiałyśmy o czasie – że przelatuje nam przez palce. I choć nie było Bąbla, a plany nie całkiem doszły do skutku – było naprawdę fajnie.  Zaworek przyjechał wkrótce do warsztatu, Bąbel nie poszedł na bilard, Karolek się oświadczył, a Dobromił nauczył nas sadzić pomidory koktajlowe. Teraz Dzidka ma na balkonie ogródek i jak chce sobie zrobić ekologiczną zupę, po prostu ścina pęk sałat oraz ziół, smaży je na maśle, wrzuca na wrzątek, dodaje do tego ser topiony cheddar i ma soupe du jour prawie jak Magda Gessler.