Patelnia… Ja chyba śnię. Noł łej. Nie kupiłeś jej patelni. Ani teflonowego garnka. Tak wiem, że na tym się dobrze smaży, ale widzisz… to zupełnie jakbyś jej powiedział cycki se usmaż.

(Jedynym wyjątkiem na mojej liście jest wypaśny czajnik KitchenAid w kolorze czerwony karmelek. I taki sobie sprawię jak dostanę moją pierwszą poczwórną platynę.)

Gaśnica ze stacji benzynowej. Bo w wigilijny wieczór przypomniałeś sobie, że nic dla niej nie masz, a jej gaśnica właśnie straciła termin ważności – powiem tak: to już lepiej zrób wycinankę łowicką. Serio.

Witaminy i minerały 720 tabletek dwie na każdy dzień roku (w aptece była promocja) – to może jeszcze Geriavit Pharmaton? Nie, no stary, takie rzeczy będziesz kupował przez internet bezpośrednio z geriatrycznego łóżka jak już razem zamieszkacie w domu spokojnej starości Jutrzenka.

Buty – bo jest taki przesąd, że cię zostawi jak dostanie od ciebie buty i ona wierzy w takie rzeczy. Może ty też powinieneś.

Karnet do siłowni / książki Chodakowskiej / rowerek treningowy – czyli uważasz, że ma ruszyć grubą dupę, tak?

Dezodorant – równie dobrze możesz użyć eufemizmu: pchniesz bardzo naturalnie, po słowiańsku.

Kajdanki i pejcz – nie wiem jak u ciebie, ale w mojej rodzinie prezenty rozpakowuje się na oczach babć, dziadków, stryjków, teściowych itp

Szampon z wyciągiem ze śluzu ślimaka – namówił cię do tego kolega, zwariowany ekolog – ta, zamów jeszcze maseczkę z krowim łożyskiem, będzie komplet. I pamiętaj, że to ty, nikt inny, będziesz potem głaskał te włosy, bleeeeeeeeeeeeeeeeee

Tusz do drukarki czarno biały i kolorowy + ryza papieru gratis – rozumiem, że jedyny sklep, w którym przed świętami nie było kolejek, to ten z zaopatrzeniem biur, ale to cię nie usprawiedliwia.

Badziewne maskotki / bibeloty / zapchajdziury / pierdoły ze sklepu wszystko po 4 zł – bo ona jest warta 100, 1000, 10000 razy więcej.

Frezarka – tak, prosiła o nią, ale chodziło o frezarkę do pięt, nie taką z Castoramy, dżizas.

Majtki typu body form ( wcisnęła ci je chuda blondyna w sklepie z bielizną, kiedy pokazałeś jej zdjęcie ukochanej) – man, zapomnij o seksie do Wielkanocy. Poza tym nastaw się na jedzenie na mieście, bo w waszej wspólnej lodówce przez jakiś czas znajdziesz jedynie kiełki.

Przy okazji, bielizna, rzecz ważka. Zachodzę w głowę, czemu jesteście tak beznadziejni. Jak to jest, że ona zawsze zna numer waszego kołnierzyka, a wy ani be ani me. W 95 przypadkach na 100 wchodzicie do sklepu i mówicie: chciałbym biustonosz, żona jest mniej więcej pani rozmiaru, tylko nieco niższa albo: żona jest taka jak ta pani, tylko troszkę grubsza. Czy naprawdę tak trudno zajrzeć do szuflady i zobaczyć co jest napisane na metce jej majteczek i staników?? Umiecie walczyć o przetrwanie w pociągu widmo w grze Batman Arkham City, a nie potraficie znaleźć prostej informacji? Jesteście ułomni czy jak? Na majteczkach macie literkę S / M / L (a może jeszcze jakąś inną), na staniku liczbę i literkę np. 75 G – wpiszcie to sobie w komórkę i sprawa załatwiona. To nie są hieroglify. To nie jest chińskie pismo węzełkowe. Rany.

I jeszcze, bądźcie czujni. Ona może niby mimochodem wspomnieć, o jest nowa książka Browna, o jest nowa płyta Kosiarkiewicz, o jest nowa kolekcja u Kruka, o jest nowy Mini. Zanotujcie. I marsz do sklepu!

Dziewczyny, jeśli się zgadzacie, wpisywać miasta.