Cała mądrość już tu jest. Co ciekawe, zawsze tu była. Czasami myślę, że jestem jak spragniony wędrowiec, który idzie brzegiem  krystalicznie czystej rzeki lamentując jak strasznie chce mu się pić, i skąd by tu zaczerpnąć wody.

Takie na przykład powiedzonka z dzieciństwa. Słyszałam je milion razy. Ileż w nich mądrości! Och, gdybym tylko słuchała mamy, gdy mówiła na przykład: rób co uważasz i uważaj jak robisz. Ten iście buddyjski bon mot zmiótł by mi z drogi wiele komplikacji, gdybym tylko w stosownej chwili wcieliła w życie jego wytyczne. I pomyśleć, że wtedy gdy rollercoaster PRL-u osiągał swój punkt szczytowy, a nikt nie słyszał o mindfulness (w każdym razie nie po tej stronie muru), moja mama  wiedziała! Że mianowicie jak jesteś uważny, możesz robić wszystko na co tylko masz ochotę. Przypomina to jedzenie tortu podczas diety. Zanurzasz łyżeczkę w słusznych rozmiarów rzemieślniczy wypiek, gdy przed twoimi oczyma pojawiają się obrazy z bardzo prawdopodobnej przyszłości: ty wyproszona z windy,  ty jako zawodniczka sumo, ty  w jasełkach przebrana za grubego wielbłąda itd. Wybór jest prosty. Róbta co chceta i uważajta jak robita.

Były też powiedzonka, które źle interpretowałam. „Mówi się trudno i kocha się dalej”- dziś jestem skłonna uznać, że  jak się mówi trudno, to lepiej nie kochać dalej. Ale wtedy! Nauczyłam się, by kochać mimo wszystko, każdego i bezwarunkowo. Z tego gigantycznego przekłamania wyszło parę  pięknych katastrof. A przecież intencja była słuszna –  bym się w trudach hartowała, żywiła dobre uczucia wobec tych, którzy są „trudni” i nigdy nie wątpiła w siłę miłości. Podobnie rzecz się miała z „wyjść z siebie i stanąć obok”. Mylnie skojarzyłam to ze stanem furii, gdy tymczasem chodziło o zdrowe łapanie dystansu. Dopiero w zaawansowanej dorosłości zaczęłam regularnie wychodzić i stawać. Zawsze miałam z tego wiele wglądów oraz +100 do oświecenia.

Na szczęście parę rzeczy przyjęło się od początku i wspiera mnie do dziś. A wtedy, gdy guma balonowa była tylko w Pewexie, a Grażyna miała super kurtkę, o jakiej ja mogłam tylko pomarzyć, o, wtedy wspierało mnie nawet jeszcze bardziej. Obejdzie się łysy bez grzebienia, mówię sobie, gdy przechodzę obok witryny zza której piękna torebka w kolorze field brown woła do mnie mamo. Obejdzie się łysy bez grzebienia, przekonuję siebie, gdy mijam lśniące BMW 5 z podgrzewanym fotelem kierowcy i dwustrefową klimatyzacją.

Jest jeszcze przaśne „Co było, a  nie jest, nie pisze się w rejestr”. Wziąwszy pod uwagę, że człowiek co rusz musi się konfrontować ze swą przeszłą, bo przeszłą, ale jednak głupotą, taka mądrość ludowa może mu znacznie poprawić komfort życia. Zauważyłam nawet pewną prawidłowość: to, co w żołnierskich słowach ujęte, przynosi natychmiastową ulgę, podczas gdy, to co wyrafinowane, potrzebuje czasu. Pewnie dlatego bardziej lubię motto mojego taty:
„Trudna sprawa, szeroka du*a, wąska ława” niż powiedzmy „Przez ciernie do gwiazd”.

Na koniec zostawiłam perełkę. Moi wychowawcy zadbali o to, bym umiała znaleźć równowagę pomiędzy aspiracjami a mrzonkami, ambicją a cierpliwym wykuwaniem swego losu. Bym jednak nie zgubiła się w tym wszystkim, co życie oferuje ludziom utalentowanym lecz emocjonalnie chwiejnym, dali mi jeszcze i ten podarek. Zawsze gdy myślę sobie, że mogę wszystko, że dostanę choćby i gwiazdkę z nieba, jakaś część mnie uśmiecha się szeroko i dopowiada: Oczywiście. Gwiazdkę z nieba, piórko w dupkę i pofruniesz.

A  Ty? Jakie powiedzonka wzięłaś / wziąłeś ze swojej przeszłości? Co Ci one zrobiły? Podziel się z bliźnim w komentarzach.