Cierpię męki. Codziennie. Otwieram internety, a tam już czai się zło. Atakuje znienacka i zadaje torturę deklinacyjną.

Wejdź w linka – zachęca popularny portal, wyślij smsa – instruuje operator sieci komórkowej, wypuść singla – radzi kolega radiowiec, wypełnij Pit-a – przypomina księgowy. To straszne! To straszniejsze niż smażone jądra byka. Niż szorowanie tipsami po styropianie. Straszniejsze nawet niż reklama „Chroń swego buraka” przedstawiająca gołą panią pochylającą się nad butlą z herbicydem. Użytkownicy naszego pięknego języka zadają mi „bóla” nie do zniesienia.

– Jesteś gramatyczną nazistką.
– Bo mi się biernik z dopełniaczem nie myli? No wiesz!
– E tam. Mój misio stwierdził ostatnio, że go już nie lubię, na co ja, że lubię, na co on, że nie lubię, na co ja…
– …że go lubisz, oszczędź. Jak dzieci!
– No co on, żebym wcisnęła lajka. To go pytam gdzie mam wcisnąć.
– Niech zgadnę, tu?
– A gdzie tam! Niżej. Ale wracając do sedna: to było urocze! Miałam mu przerwać i dziamgać? Nie lajka, tylko lajk. Ile razy mam ci powtarzać, że wcisnąć można kogo? co? lajk, a nie kogo? czego? lajka – Dzidka dziamgała jak żona z dwudziestoletnim stażem. Stałyśmy w samej bieliźnie przy szafkach ubraniowych w fitness klubie żywo gestykulując.

– Dziewczyny, macie może tampona? – usłyszałyśmy pytanie z drugiego końca szatni.
– Nie. Ale mamy tampon.
– To pożyczcie. Mam tu poważnego dedlajna.
– Dżizas, jestem w piekle. – Powiedziałam do pleców Dzidki, która ruszyła bliźniemu na ratunek.

– Jesteś zbytnią purystką. Ostatnio w telewizji mówili, że „policjant cały czas na drodze gwizda” – sama słyszałam. Po prostu zjeżdżamy po równi pochyłej ku czeluściom. Tam czekają na nas z otwartymi ramionami wszystkie wziąść, szłem, filmy oparte na faktach autentycznych, na wskutki, okresy czasu oraz większe połowy.
– I włanczniki!
– I włanczniki. Może wrzućmy na fejsa jakiegoś posta o tym? Albo tweetnijmy coś.
– Dzidzia! – ryknęłam.
– Czego drzesz ryja?
– Dzidzia!!!
– Ale co? Czekaj, komórka mi wibruje. Witam* pani Klaro. … Oczywiście, zrobi się. Tak, wyślę mejla. … Nie, nie, proszę się nie przejmować, nie jestem w żadnym szpitalu, nic się nie stało. To koleżanka wydaje dziwne odgłosy, ona tak ma. … Nie, nie, to artystka, jest trochę niezrównoważona. – odskoczyła, by uchronić się przed solidnym kuksańcem – Tak, tak, ale dopiero jutro. Dziś już nie dam rady. … Pozdrawiam. …. Tak, przekażę jej.

Dzidka zasunęła klapkę telefonu zdecydowanym ruchem po czym utkwiła we mnie oskarżycielski wzrok.
– A ty ostatnio czyli w zeszły poniedziałek, powiedziałaś do mnie, cytuję: wypijmy grzańca.
– Co masz mi przekazać?
– Że ona zna świetnego specjalistę. Nie zmieniaj tematu. Powiedziałaś: wypijmy grzańca.
– Ale posta? Mejla? Dzidka, błagam!
– No co? Tak mi się jakoś samo mówi. Może to już przeszło do kanonu, a my nawet o tym nie wiemy?
– Nie chcę już żyć na tej plancie. Na samą myśl dostaję gęsiej skórki. Wyciągaj laptopa, poszukamy.

No dobrze, posypuję głowę popiołem. Sama też tak mówię. Wstyd mi. Ale to jeszcze nie powód, żeby pozostać obojętną wobec dalszej leksykalnej degeneracji narodu. Świadomość, świadomość, i jeszcze raz świadomość. Będę z tym walczyć. Siłom i godnościom osobistom. Na morzu i na lądzie, w realu i w sieci, w domu i w zagrodzie, na płytach i na blogach. Amen.