Robiliście kiedyś Mapę Marzeń? Ja nigdy. Pamiętam film Sekret. Jeden z bohaterów robi taką mapę. Nakleja na dużej płachcie papieru symbole tego o czym marzy – obrazki wycięte z gazet, wszystko czym jego życie ma stać się w przyszłości. Mijają lata, on – bogaty i spełniony uczuciowo, znajduje tę mapę gdzieś między szpargałami. Co się okazuje? Mieszka w domu, który był na jego mapie. Nie w podobnym domu, nie w domu, który przypomina tamten. W TYM domu. To mogło się zdarzyć. Czemu nie? Nie nazywam tego przypadkiem, nazywam to przeznaczeniem.

W 1996 roku przyjechaliśmy do Warszawy robić nasz pierwszy klip. Zatrzymaliśmy się na polach przed Wilanowem, zaparkowaliśmy busa przy niezbyt wtedy ruchliwej drodze i kręciliśmy ujęcia wśród wysoko rosnących traw. Jakieś 7 lat później znów tam byłam. Robiliśmy sesję zdjęciową do płyty Rocznik ’72. Zachodziło słońce, Kamila ustawiała blendę, ja wpatrywałam się w obiektyw aparatu. Wokół mnie rozciągały się pola.

W ogóle nie skojarzyłam tych krajobrazów z tamtym teledyskiem. Zdarzenia nie połączyły się w całość aż do dnia, w którym kolejne parę lat później szłam łąkami jakie okalają mój dom i domy sąsiadów. Mój Boże, osiedliłam się w tym samym miejscu, w którym byłam już dwa razy! Zauważyłam to po takim czasie! Wcześniej zupełnie mi to umknęło.

Takie rzeczy się zdarzają. Ludzie są jak magnesy, przedmioty są jak magnesy. Ile razy znalazłaś w kieszeni puchowej kurtki 50 złotych? Założę się, że choć raz. Albo pudełko pysznych czekoladek od przyjaciół, zabunkrowane gdzieś z tyłu w kuchennej szafce? Zupełnie ci ten podarek wyleciał z głowy i właśnie teraz, gdy miałaś ochotę na coś słodkiego, pojawił się przed twoimi oczyma. Otwierasz jakąś starą pocztę od niego, przeglądasz listy – widzisz załącznik – wtedy go nie zarejestrowałaś. To takie fajne zdjęcie – jak niespodzianka. Bo myślałaś, że już wszystko odkryłaś. W końcu tyle czasu minęło. Ostatnio na strychu rodziców znalazłam biżuterię z lat 80-tych, która jak ulał pasowała do mojego kostiumu scenicznego. To było bardzo fajne znalezisko. Siedziałam na tym strychu, czytałam Kajka i Kokosza i przymierzałam kolczyki z Buddą. Jakbym znów miała 15 lat.

Parę tygodni temu padł mi dysk i straciłam wszystkie dane. Ubolewałam nad tym, bo miałam na nim zapiski ze studiów, pierwszą pisaninę, dużo osobistych notatek i archiwa. Wiedziałam, że zawartość dysku jest nie do odzyskania, plułam sobie w brodę, że nie zrobiłam backupu. Jednak coś mi podpowiadało, że wszystko będzie dobrze, że to zupełnie nieważne. Po 2 tygodniach trafiłam w jednym z folderów na te dane. Musiały zostać przypadkowo skopiowane wiele lat wcześniej. Mogłam ich nie zauważyć jeszcze przez kolejnych parę miesięcy, tak dobrze się przede mną ukryły. I pomyśleć, że w sercu już się z nimi pożegnałam…

Wszystko jest połączone. I wszystko przychodzi w najbardziej odpowiednim momencie. Do tego zmierzam. W książkach pisali, że gdy uczeń jest gotów, zjawia się mistrz. Ani minutę później, ani wcześniej. Każdy banał i każda ważna sprawa zdarzają się wtedy kiedy mają. Kojarzy mi się to z takim podwodnym tańcem synchronicznym – wszystko jest w nim perfekcyjnie dopasowane. Spędziłam wiele lat żyjąc w szarym tunelu. Myślałam, że tak jest ok. Potem w wyniku zdarzeń, które były właśnie takim synchronicznym tańcem, poszłam do lekarza. Diagnoza brzmiała: dystymia. Wieloletnia. Co to jest? To taka podstępna odmiana depresji. Niby nie prowadzi do zgonu, ale potrafi uprzykrzyć życie daleko bardziej. Wiesz co jest zabawne? Że 2 lata wcześniej spotkałyśmy się z kumpelami u znajomej czarownicy na takim babskim wieczorze wróżb – w końcu byłam wiedźmą z gór… Wylosowałam wtedy kartę, którą postawiłam na stoliczku nocnym. Było na niej napisane: „Depresja wynika z bycia w potrzasku. Przeskocz pułapkę i zmień swoje życie”. Stała tam obok fotografii moich rodziców, obok książek do poduszki i podstawka na kubek. I nigdy nie wzięłam jej serio. Widzicie, nie byłam gotowa. Dostałam pod nos diagnozę, ale co z tego? Nie byłam gotowa.

Teraz jest dobrze. Przez pierwszy miesiąc chodziłam jak pijana. To tak może być? Tak można się czuć? Nic nie boli, nic nie uwiera. Nie płaczesz. Jest NORMALNIE. Rysy łagodnieją, nie ma tego napięcia na twarzy. Racjonalizujesz. Dużo się śmiejesz. Ufasz życiu. Ufasz, że cię dobrze poprowadzi. Niby ufałam wcześniej. Ale teraz widzę, że to nie było prawdziwe zaufanie. Zaufaj życiu. Nawet jeśli czujesz się źle. Zaufaj, że nic nie dzieje się ot tak sobie. Kto tak twierdzi, nie porozmawiał jeszcze z własną duszą. I mówię ci, jak w końcu porozmawia, będzie zadziwiony jak wielu rzeczy nie zauważył po drodze. Jak wiele znaków przegapił. I tylko się uśmiechnie do tego Pewniaka, który z taką mocą twierdził, że jest dzieckiem zbiegów okoliczności i powie mu: Mistrz się w końcu zjawi. Musisz tylko cierpliwie poczekać.