zy wspomniałam już, że Dzidka kocha Leo? Ach tak, wspomniałam. Zresztą,  umówmy się, trudno było fakt ten przeoczyć. ON – obiekt niegasnącego pożądania stał się wszechobecny niczym McDonald’s. Gdzie się człowiek nie ruszył, natrafiał na jakiś artefakt związany z NIM. A to kubeczek po kawie, z którego rzeczona  piła, gdy ON spojrzał jej głęboko w oczy PO RAZ PIERWSZY. A to zdjęcie skrzętnie ukryte w zakamarkach dysku D, pobrane mimochodem z jednego z portali społecznościowych, przedstawiające JEGO na Harley’u-Davidsonie. A to czasopismo „Skrzydlata Polska” – Leo zawsze chciał być pilotem, tyle że dostawał mdłości nawet na drabinie, a co dopiero na wysokości 10 tysięcy metrów. Że nie wspomnę o nabytej na allegro dyskografii Ałły Pugaczowej. Leo ubóstwiał Ałłę, a zatem i Dzidka ubóstwiała. I tak, to właśnie z tego powodu, Drodzy Sąsiedzi, ktoś śpiewał ostatnio na moim balkonie: Ах, Арлекино, Арлекино! Нужно быть смешным для всех! Арлекино, Арлекино,Есть одна награда — смех. Mam nadzieję, że jest jasne, kto śpiewał i że nie byłam to ja.

Oczywiście jako przyjaciółka, muszę objąć zakochane biedactwo mocnym ramieniem. Być spowiedniczką i pocieszycielką. Podjąć wysiłek delikatnej perswazji. Wysłuchać histerycznych szlochów, poprzyglądać się dość nieudolnej, a mimo to mrożącej krew w żyłach ( moich żyłach, przechodniów żyłach) próbie wdrapania się na barierkę Mostu Poniatowskiego. Proszę zrozumieć, to wcale nie jest śmieszne. To naraża na szwank moje i tak już skołatane nerwy. Jako przyjaciółka mam obowiązek ulżyć temu cierpieniu, tym bardziej, że białe święta za pasem, choinka, te sprawy, a ta siedzi i łzy krokodyle wylewa.

By więc zmusić Dzidkę do zrelatywizowania problemu, wpadłam na pomysł genialny w swej prostocie: postanowiłam wykazać, że nie ona jedna kocha kogoś, kto kocha kogoś innego, kto kocha kogoś jeszcze innego. Zupełnie jak w starej piosence Everybody loves somebody sometimes. Jak tak człowiek sobie uprzytomni, że jest zaledwie paciorkiem w tym łańcuszku nieodwzajemnień, to mu frustracja mija. Jak na to wpadłam? Otóż przypomniałam sobie o Zdzisiu, wielbicielu Dzidki. W bluzie Gap’a, uprzedzająco grzeczny i niepozorny web master, co to podskakuje jak skowronek za każdym razem gdy moja przyjaciółka pojawia się w zasięgu wzroku, gapi się na jej smukłą kibić, przynosi batoniki musli, „żeby kadra z głodu nie padła”, a po nokaucie na turnieju paintballa wysyła jej promienny uśmiech, po czym mdleje. Cicha woda brzegi rwie jak powiadają. I na Zdzisia przyszła kolej. Któregoś poniedziałku podczas lekcji angielskiego laptop Dzidki zapragnął zostać sprzedany na części. Najpierw wydał jęk, potem zgasł, potem Dzidka wydała jęk, bo przypomniała sobie o wtorkowej prezentacji. Prezentacji, której na drugie było Premia i to premia dawno wydana. Podczas gdy Stefania, nauczycielka angielskiego podawała Dzidce sole trzeźwiące, Zdziś mknął przez miasto z odsieczą jak nie przymierzając Jan III Sobieski. Rzecz jasna, odzyskał dane, a przy okazji zyskał i adoratorkę. Jak przyjechałam, Dzidka właśnie zamieniła się ze Stefanią rolami i trzeźwiła nauczycielkę solami, pośród tyrady, którą pozwolę sobie przytoczyć w całości: „Cóż za mężczyzna! Jaki przystojny! Jaki sympatyczny! A jaki ma ładny uśmiech! A jakie ma ładne zęby! A jakie ma ładne dłonie!” Pomna tego, że Zdziś ma zapewne wiele rzeczy ładnych, więc wyliczanka może trwać równie dobrze do północy, weszłam jej w słowo i zaproponowałam ustawianą randkę. Stefania klasnęła w dłonie. Niestety, następnego dnia okazało się, że Zdziś wykazał zerowy entuzjazm, a nawet jął sabotować moje i Dzidki swaty. Odrzucił również ofertę darmowych konwersacji ze Stephanie. I chyba się trochę obraził na Dzidkę. Że on by chciał z nią, a ona jego oddaje. W każdym razie łańcuszek Stefania – Zdziś – Dzidka – Leo posłużył jako model, gdy tłumaczyłam mojej przyjaciółce zawiłości ludzkich interakcji, gdy studziłam jej emocje i racjonalizowałam bardzo głupie pomysły jakie jej do głowy przychodziły.

Swoją  drogą, mam nadzieję, że żona Leo kocha jednak Leo. A nie na przykład męża Tatiany, który kocha Izę, która kocha Bartka, który kocha Wacława…