– Eutanaaaaaaazja! Eutanaaaaaaaazja!
Rozwydrzony wyrostek ryknął na całe gardło bezczelnie wskazując na nas z bezpiecznej odległości przeciwległego chodnika. Wcześniej potrącił mnie na korytarzu przy windzie i wyleciał  pod tabliczką Wyjście Ewakuacyjne. Ledwo przytrzymałam jedno ze skrzydeł drzwi, które się z hukiem zwaliło na Dzidkę. Wybiegłyśmy przed budynek. Nastolatek darł się przez chwilę, wymachując słuchawkami swojego Ipoda, po czym zwiał.  My tymczasem stałyśmy z opadniętymi koparami.

– Ty, o co mu chodziło?
– Chyba uznał, że powinnyśmy się poddać.
– Eutanazji!? Żartujesz, prawda?
– Obawiam się, że nie, kochanie. Przypomnij sobie jak miałyśmy 13 lat – takie ciotki  klotki jak my, po czterdziestce, to były dla nas matuzalemki.

Dzidka wzięła głęboki wdech, co mogło oznaczać  jedno – szykowała kontratak.
– Po pierwsze nie jestem ciotka klotka, a po drugie, jak na niego patrzę, nie wiem czemu, przychodzi mi na myśl słowo aborcja.
– Quiescere iuventus nescit* – starszy jegomość, z teczuszką pod pachą, rzekł dobrotliwie, jakby przepraszając za wszystkie grzechy świata, po czym uchylił ronda kapelusza, ukłonił się i poszedł w swoją stronę.
– Miłego dnia, profesorze – zawołała za nim Dzidka i poinformowała mnie do ucha, że jest wdowcem, na emeryturze, choć wciąż uczy w pobliskim gimnazjum, trochę dziwak, ale sympatyczny.

– Co tu dużo gadać, młodzież coraz gorsza się robi! Tępe chłopaczyska i głupie dziewuchy – usłyszałyśmy głos pani Kapustki, która wyrosła tuż za naszymi plecami –  za moich czasów proszę pań, takie rzeczy były nie do pomyślenia. Żeby gówniarz starszego wyzywał! A to wszystko wina rodziców i tego TVN-u. I rządu. Co oni zrobili z naszym krajem, bój się boga, pani, wszystko wyprzedane! Za komuny to było lepiej.
Dzidka kiwnęła ze zrozumieniem głową. Gadanie towarzyszyło nam w drodze na parking. W końcu ucichło –  pewnie dlatego, że miałyśmy dłuższe nogi niż pani Kapustka.

– Czy my jesteśmy takie stare? Zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy.
– Dajże spokój, jesteśmy w sile wieku. – powiedziałam i usłyszałam dźwięk powiadomienia fejsbuka. Ktoś skomentował moje zdjęcie znad Bałtyku, które zatytułowałam „Stary człowiek i morze”. Komentarz miał wydźwięk zdecydowanie pozytywny: stary człowiek, a może.

– Bo to trzeba prawy sierpowy i z bańki. A frustratów ignorować!
– Dopiero co chciałaś chłopca utylizować.
– To się nie liczy. To było osobiste. A poza tym, ta dzisiejsza młodzież…

Historia, jak się niebawem okazało, znalazła swój zaskakujący finał.
Zrobiłyśmy imprezę. Jak zwykle huczną, towarzysko obleganą – więc tłoczną i bardzo hałaśliwą. Był grill na balkonie, czerwone wino i duża ilość napojów gazowanych, które przytachałyśmy w olbrzymich siatach. Gdzieś pod wieczór, przez harmider, przekrzykiwania i dudniące niskim środkiem jednostajne uderzenia werbla, przedarł się dźwięk dzwonka. Drzwi otworzyła rozbawiona Dzidka i zrobiła taką minę, że od razu poszłam zobaczyć ki diabeł. Nie zgadniecie! Na wycieraczce stał ten sam mały nicpoń, który nas ostatnio wysyłał do piachu.

– Cześć. Czy mogę prosić nakrętki?
– No nie wierzę! Masz czelność tu przychodzić?! Ty jesteś, ty jesteś… – Dzidka tak się zapowietrzyła, że zabrakło jej słów by wyrazić kim względnie czym jest mały chłystek.
– Jestem ofiarą pękniętego kondoma.
– Co proszę?
– Mama mówi, że jestem ofiarą pękniętego kondoma.
Spojrzałyśmy po sobie wesoło. Chłopiec ma gadane. I chyba trudne dzieciństwo. Co wiele wyjaśnia.
– Laski, macie tu przyjęcie i widziałem jak niosłyście butelki, nawet chciałem pomóc, ale nie mogłem aktualnie, ale widziałem i ja właśnie przyszłem po nakrętki.
– Dla ciebie panie, a nie żadne laski. A po co ci nakrętki, chłopcze? – Dzidka nie traciła rezonu, choć widziałam, że drżą jej kąciki warg.
– Zbieram na taką akcję dla Natanka na obóz rehabilitacyjny. Mogę prosić, żebyście zostawiły nakrętki, a ja jutro wpadnę i wezmę?
-Możesz, chłopcze, możesz.