– Nie no ja lubię wycieczki rowerowe, ale może jednak na krótszych dystansach.

Dzidka z ulgą oparła swój pojazd o drzewo i zaczęła wyrzucać z plecaka zawartość z takim zaangażowaniem jakby spodziewała się znaleźć tam skarby Mordoru.

– Gdzie mój batonik białkowy? Przecież specjalnie go zostawiłam na wierzchu, żeby nie zapomnieć. Ile zrobiłyśmy kilometrów?
Spojrzałam na licznik.
– Wychodzi, że ze dwadzieścia.
– Czyli z powrotem musimy pedałować tyle samo. Bez posiłku regeneracyjnego nie dam rady.
Zsunęłam się z siodełka i  rozsiadałam pod wielką sosną. Poczciwa starowinka pewnie niejedno widziała.

– Na pewno nie takiego wypasionego smartfona jak mój.
– Na co ci on? Czy my nie możemy odpocząć od cywilizacji choć przez pół dnia?!
– Możemy, ale muszę sprawdzić fejsa, żeby zobaczyć czy napisał. Teraz – gdy zgubiłam mój batonik, nie dam rady dłużej praktykować cierpliwości. Polka głodna, Polka zła.

Romans Dzidki był chwilowo w stanie hibernacji, a ona sama rozważała czy nie zmienić swojego statusu z „w związku” na „to skomplikowane”. I pomyśleć, że wszystko przez ten przeklęty mecz Polska – Mołdawia. Bąbel przyjechał i zamiast z entuzjazmem zabrać się za kotłowanie w pierzynach, otworzył piwo i zasiadł przed telewizorem. Klasyczny konflikt interesów. Uprzedzałam ją, że trwanie przy swoim jest strategią ryzykowną, bo w czasie meczu mężczyznę od telewizora odciągnąć może jedynie atak Godzili na miasto, a i to nie jest do końca pewne. 98 na 100 osobników idzie najpierw sprawdzić czy przerwa w transmisji nie jest spowodowana tym, że strzeliły korki. Dzidka, by udowodnić jak bardzo się mylę, postanowiła przeprowadzić eksperyment: włożyła nowe bikini z Koniakowa i stanęła w drzwiach salonu w trakcie 12 minuty pierwszej połowy meczu. Chrząkała i chrząkała dopóki mętny wzrok kibica nie spoczął na ślicznych szydełkowych trójkącikach opinających jej kształty, po czym w ułamku sekundy przeniósł się z powrotem na  ekran odbiornika LCD, skąd dobiegł histeryczny wrzask komentatora: „Podanie do Lewandowskiego, Lewandowski szuka swojej lewej nogi!” Ja wiedziałam, że tak będzie, ale ona dostała piany. Wyszła trzasnąwszy drzwiami, co Bąbel zinterpretował jako przeciąg, po czym zorientowała się, że nie zabrała klucza i przesiedziała na ławce do końca pierwszej połowy, bo domofon się popsuł, a ochroniarze – również kibice, nie słyszeli pukania w okno. Mogłoby to być prawdziwe eldorado dla złodziei, gdyby nie fakt, że złodzieje również oglądali mecz. Wracając do sedna, po tym incydencie Dzidka ostentacyjnie unikała kontaktu z Bąblem, po czym opublikowała jednoznaczny komunikat na swoim wallu, żeby mianowicie był dla niej dobry, bo czmychnie od niego chyżo jak sarenka i tylko usłyszy tupot rączych kopytek o trakt. On usłyszy, rzecz jasna. Bąbel jak na statystycznego mężczyznę przystało, nie załapał aluzji i zalajkował wpis, że niby taki oryginalny (w istocie był, ale przecież nie o to chodziło), co ją tym bardziej rozsierdziło – zatem sytuacja stała się cokolwiek skomplikowana. Kwadratura koła, rzec by można. Serca jednak nie przechytrzysz. Niby się obraziła, ale na sam dźwięk przychodzących powiadomień, stawała jak kot na widok szprotek i natychmiast logowała się w wirtualnym klubie.

– Nie ma zasięgu.
– I bardzo dobrze. Odpoczniesz trochę od tych głupot. Pożyjesz w prawdziwym świecie, zobaczysz prawdziwą krowę, a nie tylko te wirtualne. (Dla niezorientowanych: FarmVille – gra w której hoduje się wirtualne krowy, by następnie odsprzedać je innym użytkownikom. Grają w nią jakieś 63 miliony internautów, w tym Dzidka. Nie, nie robię sobie jaj…)
– O, jest! Chwała Panu!

Westchnęłam, bo jakim innym komentarzem mogłam opatrzyć taką reakcję? Dzidka przedarła się przez zapory, hasła, loginy i wreszcie ujrzała upragnioną wiadomość. Był to link do piosenki „Dzień dobry, kocham cię”. Powiem ci jedno, w drodze powrotnej Dzidzia mogłaby wygrać Tour de France. I to mimo braku batonika.

PS. Dalej w tekście Grabaż śpiewa: „już posmarowałem tobą chleb”. Komentarz użytkowniczki YT  –  „ta laska to pasztet”. Nie wspomniałam o tym Dzidce. Bąbel miałby przechlapane.