Kończy się kolejny rok.

Co dobrego przyniósł? Czy coś w ogóle? A może był okropny i nieszczodry? Dał Ci w prezencie same rozczarowania i straty?

Jeśli wszystko się udało, a Ty właśnie upychasz farsz z podgrzybków do filigranowych uszek uśmiechając się do męża, który raz po raz podnosi wzrok znad gazety i patrzy na Ciebie z czułością – nie czytaj tego tekstu. On nie jest dla Ciebie. Ty jesteś szczęśliwa. Ty spędzisz święta podjadając sernik teściowej, uprzedzając dialogi z Samych Swoich, kochając się z miłością Twojego życia pod prysznicem, tak żeby nie usłyszały Was dzieci. Ty w nadchodzące święta będziesz myśleć o tym jakie to wszystko piękne i dobrze urządzone.

Nie wszyscy tak mają. I właśnie wtedy – gdy idą święta, gdy cały świat zamienia się w wielką bombkę, a kryształy śniegu trzeszczą pod butami – jest im trudno. Jest im trudniej niż w każdy inny dzień. Też chcą być kochani. Też chcą czuć się bezpiecznie. Też chcą by ktoś ich docenił i wysłuchał. Ale nie mają nikogo. A za sobą widzą tylko złomowisko. Wielkie ogrodzone i ciemne złomowisko.

– Brr, brzmi depresyjnie.
– Tak ma brzmieć. Chcemy ich poruszyć, nie?
– A jak to nic nie da? Jak nikt nie przyjdzie? I będziemy same pod tą szkołą jak te dziewczynki z zapałkami?
– Dzidzia, daj se siana. Przyjdą na pewno. A jak nie przyjdą, to my pójdziemy do nich.
– Jak pójdziemy?
– No normalnie. Jak góra do Mahometa.

Tydzień wcześniej byłyśmy z Dzidką w Pogotowiu Opiekuńczym. Właściwie przez przypadek. Dzidzia musiała tam pójść z pracy – jej agencja przygotowywała kampanię społeczną. Zaciągnęła mnie ze sobą, bo potem miałyśmy jechać na celebrycką imprezę, na którą ja ją z kolei zaciągnęłam. Weszłyśmy, Dzidzia zrobiła research, a potem od słowa do słowa zaczęłyśmy gadać z pensjonariuszkami Pogotowia. Fajne dziewczyny – tyle, że urodzone w niewłaściwej dzielnicy. Mówią nam, że chciałby jakieś ciuchy, kosmetyki, ale nie mają kasy, nie mają skąd wziąć. Opowiedziały nam o swoim życiu, o przeszłości, o złomowisku. O różnych strasznych rzeczach. Nie poszłyśmy na tę imprezę, olałyśmy sushi. Zostałyśmy z nimi i słuchałyśmy opowieści, a potem jadłyśmy kajzerki z żółtym seropodobnym produktem – bo to podano na kolację. Dałyśmy im metalowe bransoletki i cienie do powiek. Cieszyły się jakby dostały co najmniej weekend w Disneylandzie.

To był bardzo dziwny wieczór. Wieczór relatywizowania problemów. Wszystko co wcześniej wydawało się przytłaczające, teraz wylądowało w kategorii oj tam oj tam. Facet mnie zdradził, Dzidzia nie dostała podwyżki i nie mogła sobie kupić nowego iPada. Radio nie zagrało mojej piosenki. Dzi dostała wezwanie do zapłaty, mimo, że nic nie była winna i ciągali ją po sądach. Ciągle nie wchodziłam w spódnicę z Hiszpanii, a przecież jadłam tylko 1500 kcal dziennie! Dzidzia usłyszała od matki, że najwyższy czas, żeby w końcu zmądrzała. Wszystko to były banały w zestawieniu w historiami dziewczyn z Pogotowia.

Chciałyśmy coś dla nich zrobić. Postanowiłyśmy zmobilizować sąsiadów i przyjaciół, żeby pozbierali różne rzeczy, fanty, niepotrzebne przedmioty codziennego użytku – wszystko to na pewno przyda się w schronisku. Te dziewczyny ucieszą się ze spódnicy, którą ostatni raz miałaś na ślubie siostry w 2007. Albo paska który ci się znudził. Nie, wcale nie szukałyśmy śmieci czekających na wywózkę na wysypisko. Przecież mamy tyle dobrych rzeczy, którymi można się podzielić. Mamy taki nadmiar. Przedmiotów, spokoju, miłości. Dlatego zrobiłyśmy wpis na naszej grupie na fejsbuku. Że można przyjść do lokalnej podstawówki, przynieść to wszystko i oddać komuś, kto na to czeka. Byłyśmy się, że nikt nie przyjdzie i będziemy musiały rozdać wszystkie nasze cienie, kredki do rzęs, kopertówki czy nierozpakowane kabaretki, które od półtora roku zalegają w szafie.

Ale nie – był odzew. Cały salon Dzidki jest zastawiony torbami i pudełkami. Siedzimy nad stertą ubrań. Wszystkie są wyprane, poprasowane – tak jak prosiłyśmy. Niektóre mają dobre metki. Są i szpilki i czapki z pomponami, akcesoria toaletowe, ktoś przyniósł książki, ktoś –  stertę czasopism plotkarskich. Jest tego tyle, że segregacja zajmie nam parę godzin. A jutro pojedziemy do dziewczyn. Ucałujemy, wyściskamy, zjemy makowiec, który dla nas upiekły – parę z nich uczy się w gastronomiku. A potem wyciągniemy majdan z bagażnika i powiemy: Wesołych Świąt.