Morze szumi, mewy wydają radosny skwir, a na grillu dochodzi halibut. Krążymy wokół kiczowatych straganów w poszukiwaniu małej kotwicy. Owszem, styl marynarski jest bardzo modny w tym sezonie, ale nie to stanowi powód, dla którego Dzidka uparła się na ten nieszczęsny gadżet. Dzidka chce by miniaturowa kotwica była symbolem nowej jakości w jej życiu.

– Muszę się zakotwiczyć w tym co powiedział Nauczyciel. Pamiętasz? Kazał nam znaleźć jakiś przedmiot i zakląć w nim lekcje, jakie od niego otrzymujemy.
– A jak chcesz zakląć?
– No normalnie. Usiądę, zapalę świeczkę, pogapię się i zaklnę.
Zawsze mnie fascynuje ta ujmująca łatwość z jaką Dzidka podejmuje się zadań niebanalnych. Z kolei zadania banalne, jak na przykład przyszycie guzika, wykraczają poza jej zdolności poznawcze i wymagają wizyty w zakładzie krawieckim.

Przyjechałyśmy na warsztaty jogi. O świcie asany, potem wegańskie śniadanie: bułeczki orkiszowe, pasta z tofu, kawa zbożowa, konfitura, następnie wykłady, kąpiele słoneczne, lekki obiad gotowany zgodnie z zasadami 5 przemian (obowiązkowe curry, kasza jaglana oraz ciasto marchewkowe), sjesta z zieloną herbatą i ponownie asany. Noc przy wtórze robaczków świętojańskich* w sennej ciszy lasu otaczającego małe drewniane  domki kempingowe postawione za Towarzysza Gierka przez Fundusz Wczasów Pracowniczych.  Niektóre z uczestniczek wymykają się cichaczem tuż po nastaniu ciszy nocnej, by zakosztować zakazanych uciech w nadmorskich kurortach, ale nie my. My z Dzidką kładziemy się grzecznie do łóżeczek, czytając przed zaśnięciem mądre książki w rodzaju: „Punkt G czy trzecie oko?”, „Ty i tylko ty”, „Potęga Pramatki”.  Wymieniamy fachowe uwagi, chichoczemy trochę, trochę pocieszamy jedna drugą wygadując na mężczyzn. Nagle słyszymy skrzypienie za oknem – nasze sąsiadki postanowiły cofnąć się w czasie i znów poczuć emocje trzynastoletnich kolonistek  wyślizgujących się po parapecie na pierwszego papieroska. Z tym, że sąsiadki tak jak  wczoraj i przedwczoraj, nie na papieroska idą, a na wódkę z colą.

– Ty, popatrz. No jak tak można? – Dzidka ubolewa nad tym skandalicznym brakiem samodyscypliny. – Przecież Nauczyciel kazał robić ćwiczenia oddechowe i tłumaczył jak ważny jest regularny ośmiogodzinny sen.
– No.
– A te nic, tylko alkohol, faceci i bzykanie.
– No.

Naszą pogawędkę przerywa skrobanie w ramę okienną i teatralny szept.
– Dziewczyny. Chodźcie z nami. Trzeba się trochę rozerwać. Jeszcze parę dni, a zakwitną nam aureole.
Już miałam powiedzieć, że komu jak komu, ale naszym nocnym gościom, to aureole na pewno nie zakwitną, gdy zamiast tego musiałam przetrzeć oczy ze zdumienia, bo oto Dzidka wyskoczyła entuzjastycznie z łóżka, wbiła się z gracją w obcisłe dżinsy (co oczywiście miało pewien związek z kilkudniową dietą wegańską oraz asanami) i zaczęła przekopywać walizkę w poszukiwaniu pomadki o nazwie Blind Date  (zapakowanej „tak tylko, na wszelki wypadek”).

– Zbieraj się, na co czekasz?
Poczułam się jak bohaterka powieści Stephena Kinga stojąca naprzeciw demonicznego kosiarza umysłów, który jakimś cudem zawładnął kolejną niewinną istotą.
– Kim jesteś i co zrobiłeś z Dzidką?
– Przestań się wygłupiać. – Głos kosiarza przypominał do złudzenia głos Dzidki, tak więc zrozumiałam, że moja przyjaciółka, jak to kobieta, zmieniła zdanie. (Dlaczego mnie przytrafia się to tak rzadko?) Gdy chwilę potem oświadczyła śpiewnym falsetem, że „ma ochotę na chwileczkę zapomnienia”, pomna tego, co ostatnim razem wynikło z takiej deklaracji, posłusznie ruszyłam na nocną wycieczkę. Niczym anioł stróż.

Pierwszym punktem programu była wizyta w wesołym miasteczku „24 H”. A konkretnie na strzelnicy. Niestety żadnej z nas nie udało się zdobyć pluszowego misia. Za to wydałyśmy po 30 złotych polskich. Nie zrażone poszłyśmy „na samochodziki”, piszcząc i przekrzykując się nawzajem.
– To ja, wielki zderzacz hadronów. Uciekajcie ! – Dzidka uderzyła z impetem w bok auta z trzema młodzieńcami na pokładzie. Okazało się, że młodzieńcy są studentami Politechniki, więc żart załapali i dołączyli do naszej paczki. I tak, spacerowaliśmy razem rozświetloną promenadą, jedząc obowiązkowe gofry z bitą śmietaną i frużeliną wiśniową, śpiewając w niezbyt strojącym dwugłosie „Chałupy Welcome to”. W końcu wstąpiliśmy do baru na parę kolejek Martini. Poza tym wszystkim, nie wydarzyło się niestety nic nieprzyzwoitego, co mogłabym tu w pikantnych szczegółach opisać. Przykro mi.

Następnego dnia Nauczyciel wygłosił piękny traktat o istocie służby.  O dobroczynnym wpływie pracy fizycznej na psyche człowieka. O poczuciu obowiązku i życiu wstrzemięźliwym. Po czym mrużąc oczy, spojrzał po sali i zatrzymał badawczy wzrok na czterech ziewających jak smok paniach. I wysłał je na zmywak.

Myłyśmy, cholera te gary do końca turnusu.

PS. Apropos robaczków: czy wiecie, że ich samice zwabiają fluorescencyjnym światłem samce spokrewnionych gatunków, po czym je pożerają? W przyrodzie to jednak jest harmonia…