– Synapsy mnie swędzą.
– To nie myśl tyle.

Gabinet „Kleopatra” nie służy do myślenia tylko do relaksu. A najbardziej do spektakularnej (i bijącej po kieszeniach) metamorfozy. Leżymy na wysokich łóżkach w różowych peniuarkach oddzielone przepierzeniem, które przedstawia rajską wyspę pełną drzew kokosowych. Na buziach mamy maski algowe. Nasze panie kosmetyczki zakończyły tortury, zaaplikowały nam okłady kojące i wzięły się za masowanie stóp. W tle słyszymy szum oceanu i dźwięki harfy.

– No zobacz sama. Jesteśmy gładkie jak pupa niemowlaka. Nasze brwi mają tyle samo włosków po każdej stronie. A przecież katorgę trzeba będzie powtórzyć w przyszłym miesiącu. Bo wszystko jest tylko na chwilę. – Po tej filozoficznej uwadze Dzidka wydała z siebie długie westchnienie. – Wolałabym raz, a dobrze.
– Każdy by wolał, ale właściwością życia jest powtarzanie czynności upierdliwych, ulotność stanów błogich i gigantyczna dysproporcja pomiędzy liczbą jednych i drugich na korzyść tych pierwszych. Ciesz się, że możemy sobie niczym Kleopatra poleżeć.
– Cieszę się! Doceniam. – Kątem oka zobaczyłam jak Dzidka wykonuje gest dziękczynny w stronę sufitu. – Ale nie czuję się jak Kleopatra. Raczej jak Syzyf.
– A ty myślisz, że te mity skąd się wzięły? Samo życie. Facet pchał ten kamień pod górkę i tuż przed szczytem zawsze dzwoniła mu komórka, szukał więc po kieszeniach telefonu, a kamień leciał w dół. Pomyśl w o ile lepszej sytuacji jesteśmy – jemu tak spada przez całą wieczność, nam tylko do śmierci.
– Ty to wiesz jak człowieka pocieszyć. Wczoraj zrobiłam wielkie porządki. Wyszorowałam wszystkie okna wraz z ramami, przejechałam się na ścierce po całych 58 metrach kwadratowych nie opuszczając ani centymetra. Szczoteczką do zębów dotarłam do miejsc tak niedostępnych jak niektóre rejony Puszczy Amazońskiej. Wyrzuciłam z szafy całą zawartość, przyszyłam wszystkie guziki, przy okazji znalazłam apaszkę, której szukałam od Gwiazdki – leżała zwinięta w kłębek za szafką w przedpokoju. A ja tyle razy zastanawiałam się w jakiej alternatywnej rzeczywistości wylądowała! Obejrzałam każdą parę rajstop i wyrzuciłam te z oczkami. Podarłam ze 100 kwitków z kart kredytowych. Nawet wyjęłam z szuflady wszystkie przyprawy i przesypałam do czystych pojemników! I pomyśl. Za jakiś czas będę musiała całą tę mordęgę powtórzyć. Bo znów podłoga będzie usłana kotami, guziki się oderwą, a gołębie pozostawią pamiątki na parapetach okien.

– Może z nimi porozmawiaj, wytłumacz jakie to niehigieniczne.
– Z gołębiami czy z kotami? A żebyś wiedziała, że tak zrobię. Trzeba rozmawiać ze wszechświatem, jeśli się chce być wysłuchanym. Jak się milczy, to skąd niby wszechświat ma wiedzieć czego nam trzeba?
– Wszechświat wie. O to się nie martw.
– A pewno, że wie. – wtrąciła Madzia, właścicielka Kleopatry. – Jak skończyłam studium kosmetyczne, moim marzeniem było mieć salon. Ale nie miałam kasy. Nie byłam bogata z domu i w ogóle taki biznes był poza zasięgiem. No ale marzyłam. Codziennie kładłam się spać i wyobrażałam sobie, że jestem na swoim. W międzyczasie szkoliłam się, skończyłam studia, zdobywałam doświadczenie. A potem spotkałam mojego Andrzeja – puściła oczko – i jakoś daliśmy radę.
– Pan Andrzej to bardzo panią kocha, pani Madziu. Wpatrzony w panią jak w obrazek.
– Nie zaprzeczę, wpatrzony. Ale wcześniej różnie bywało z tymi chłopami. Wszyscy chcieli tylko bzykać. To takie… upokarzające. – wyrwało się Madzi w przypływie szczerości. Zamyśliła się i chyba zawstydziła.
– Tacy bywają faceci. Na miłość trzeba poczekać. A ci co chcieli tylko bzykać, niech idą do boru.
– I niech sobie w brodę plują, że byli tacy durni!
– Na drzewo niech spadają!
– Na bambus konkretnie, na bambus!

Zrobiło się wesoło. Wyobraziłyśmy sobie wszystkich chłopów, którzy chcieli nas tylko bzyknąć – na bambusach i gruchnęłyśmy śmiechem. Na to wszedł Pan Andrzej z chińskim żarciem.
– Obiad, Madziu. O jak wesoło! Co tam, miłe panie? Z czego się tak cieszycie?
– Nic, nic, kochanie, takie tam babskie sprawy…