Do siebie to trzeba mieć końskie zdrowie. I wiele cierpliwości.

Idzie wiosna. Święta za pasem – w tym roku jakoś wyjątkowo wcześnie. Już to gazety drukują przepisy na wielkanocne mazurki suto oblane lukrem i przystrojone marcepanowymi girlandami. Już perfekcyjne panie domów szukają najlepszego dostawcy białej kiełbasy, a u fryzjera, z farbą na włosach, opowiadają o tym miłym staruszku, który od lat stoi w bocznej bramie targowiska i ma najlepszy chrzan w okolicy. Wszystko się budzi do życia, a my – zamiast z entuzjazmem podążać za tym powszechnym trendem – z niepokojem myślimy o nadchodzących dniach.

Dopiero co widziałyśmy wiernych, którzy zaraz po pasterce kupowali hot dogi na stacji benzynowej (nie, nie robię sobie jaj), a tu znów kołowrót rusza od początku! Koszyki po brzegi wypełnione towarami – ekwipunek jak dla pułku kawalerii – robimy zapasy. Skoro supermarket będzie nieczynny przez dwa dni, istnieje realna groźba, że umrzemy z głodu. Na Boga! Nie możemy na to pozwolić! Tak oto znów stajemy wobec nierozstrzygalnego dylematu: jest kosz ( z tych XXL) i żołądek S – i jak tu wcisnąć jedno w drugie?

Obiecałyśmy sobie, że tym razem się nie damy. Powód był prozaiczny. Późną jesienią kupiłyśmy sobie po sukience – leżały jak ulał, byłyśmy naprawdę dumne. Dzidka wygięła się przed lustrem, wypchnęła bioderko i stwierdziła: Jest git. Normalnie nówka sztuka, lekko bita. Co tu dużo gadać, ja też byłam z siebie zadowolona. Na coś się jednak zdało unikanie wysokokalorycznych przekąsek oraz leśny jogging. Że nie wspomnę o masażerze, który Dzidka kupiła w sprzedaży wysyłkowej. Wsuwałyśmy się w jego objęcia prawie codziennie, z satysfakcją obserwując jak sprytna maszyna eksterminuje naszą tkankę tłuszczową niczym Lara Croft komandosów. Nie było okazji nosić sukienek, więc zawisły w szafach, a my czekałyśmy na dzień, w którym się odpicujemy i będziemy zbierać wycedzone przez zęby pochwały pań oraz tęskne spojrzenia panów. No i cały ten misterny plan poszedł w diabły, bo po drodze były święta. Kto to tak głupio te kalendarze ułożył, żeby po świętach zaczynał się karnawał? Przypomniałyśmy sobie o sukienkach i usiłowałyśmy je włożyć. To była prawdziwa walka z Goliatem, koniec końców, trzeba się było posiłkować ubiegłorocznymi kreacjami, takimi ciętymi w trapez, w stylu lat 80’ tych – skutecznie maskującymi brzuchy i bioderka. A potem znów się trzeba było męczyć i to wszystko zrzucać. No i teraz, apiać od nowa…

– Ja nie będę piec mazurków! Ani tym bardziej ich jeść! Ani oglądać Kevina w telewizji! Jadę w Bieszczady. Będę błądzić po ostępach. Tęsknię za wolnością! Chcę być znów piękna i młoda. Znów mieć 72 w tali**, znów tańczyć dla niego!

To był jeden z tych dni, gdy jest ci wszystko jedno. Po prostu czas ucieka, twój cellulit się powiększa, twoi rywale publikują na fejsbuku zdjęcia kolejnych Fryderyków, zjadasz pudełko ptasiego mleczka, pralka ci się psuje i zalewa łazienkę, przychodzi komornik … Ok, pojechałam, aż tak źle nie było. Ale niewiele lepiej.

Dzidka spojrzała na mnie uważnie.
– Przecież ty nie lubisz disco polo.
– Niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje zabawa i dziewczyna młoda. – otworzyłam okno i darłam się prezentując talent godny X Factora.
– Co się z tobą dzieje? To ja jestem ta szurnięta. To ja jestem postrzelona. Ty masz być oazą spokoju.
– A mnie się nie chce. I zapomnij, że będę robić święconkę. Wyjeżdżam.
– Ale co to niby zmieni? Przecież sama mi ostatnio powiedziałaś, że wolność jest wtedy, gdy jest ci dobrze pomimo, że jesteś trochę gruba, masz debet, on zasnął zanim doszłaś, a plama w Zatoce Meksykańskiej wciąż się powiększa. Więc o co ci laska chodzi?
– O ten tramwaj co nie chodzi.

Czy wiesz, że mam dla Ciebie wersję audio?