– Ty wiesz, ta Zosia z naszego liceum przeprowadziła się do Australii. Właśnie oglądam jej zdjęcia na Facebooku. Wysłała mi zaproszenie. Zobacz, z kangurem stoi.

Zajrzałam Dzidce przez ramię. Rzeczywiście, nasza koleżanka na tle pustynnych krajobrazów  –  niepodobna do siebie, krótko ostrzyżona, w szortach, t shircie, opalona, szczuplutka, wersja upgrade’owana. Przeglądamy albumy: ranczo, zachody słońca, jakaś rodzinna uroczystość, Zosia na tle opery w Sydney, dzieciaki – w basenie, na huśtawkach, na garden party. Czuć szczęście.

– Popatrz, jak to ludzi po świecie nosi. Kto by się spodziewał.
– Strasznie schudła.
– No. Zupełnie nie przypomina Zosi sprzed lat.

Nie była królową balu. Pamiętam jaki cyrk urządziła u pielęgniarki, gdy wchodziłyśmy tam po trzy na badania. Za nic w świecie nie chciała, żeby ktoś się dowiedział ile waży. Ale i tak dowiedzieli się wszyscy, bo durna Izunia podglądnęła i puściła farbę. 89 kilogramów! Potem mówili „te, 89, powoli, bo ci zawieszenie pójdzie” albo „te 89, jak będziesz miała 89 lat, to wciąż będziesz dziewicą”. Długo nie miała chłopaka. Miała za to piękny głos – kiedyś zaśpiewała na akademii szkolnej i wszystkim szczęki opadły. Zaczęli ją szanować. A gdy awansowała do finału jednego z pierwszych telewizyjnych konkursów talentów, została szkolną gwiazdą. Zdałyśmy maturę, nasze drogi się rozeszły, czytałyśmy o niej w gazetach, ale coraz rzadziej. Rozbłysła jak supernova i znikła. My skończyłyśmy studia, robiłyśmy kariery – o niej słyszałyśmy tylko plotki. Przeszła załamanie nerwowe, podpisała jakiś bardzo niefortunny kontrakt i nie mogła się uwolnić ze szponów krwiożerczej wytwórni, nie miała nosa do repertuaru, była chimeryczna, nie do wytrzymania. Piła – przychodziła zalana w trupa na wywiady. Byli też mężczyźni – zawsze wybierała takich, którzy ją źle traktowali. Za jednego wyszła za mąż, on ją zdradzał, bił, ona nałykała się tabletek, klasyka… Spodziewałyśmy się, że źle skończy. I oto śmieje się do nas z Antypodów.

Dzidka przegląda profil, znajduje link do bloga. Zosia opowiada o najtrudniejszym momencie swojego życia – zdiagnozowanej depresji.

– Nie ma się co dziwić, że nikt o tym nie wiedział. Pisała to już w Australii. Po angielsku. To miał być blog o jej nowym życiu skierowany do nowych ludzi, nie tych stąd. Zresztą teraz to i tak nikogo by nie obeszło – u nas gwiazdy są jak owoce – sezonowe.

pałac„Chodziłam po mieście. Pamiętam ten tłum. Musielibyście zobaczyć tłum w Europie. On jest zupełnie inny niż tutaj.  Światła Pałacu Kultury ślizgały się po witrynach. (Pałac to ten wysoki budynek po waszej lewej, wtedy jeszcze nie było na nim zegara). Zobaczyłam całującą się parę i pomyślałam: nie dam rady dłużej.  Stał tam taki człowiek z kasetami i akurat puszczał numer jednego polskiego rockmena. „Aborygen, Aborygen, niech tańczy na niebie.” (Świetny, posłuchajcie. ) Poczułam się taka zmęczona. Chciałam położyć się na chodniku i umrzeć, ale chodniki były zimne, nieprzytulne, więc znalazłam jakąś ławkę. Siedziała na niej bezdomna. Wyciągnęłam z torby butelkę. (Zawsze miałam przy sobie alkohol.) Spojrzałam na ten przygarbiony cień błagający o „łyka”. Podałam jej butelkę, choć trochę się brzydziłam. Mogła mieć AIDS albo coś. Wtedy mnie olśniło: może ja wcale nie chcę umierać?  Spojrzałam w górę na ostatnie piętra wieżowca Marriott. Był opasany neonowym hasłem Get changed! * Pomyślałam: To do mnie! Anioły zesłały mi te słowa. Następnego dnia postanowiłam zostawić wszystko i zacząć raz jeszcze. I pomyśleć, że wybrałam mój nowy dom z powodu piosenki…”

– Piękna historia. Czasami tak myślę, żeby uciec. Ale w sumie nie wiem dokąd miałabym…
– To trzeba mieć odwagę. A z drugiej strony, wiesz, jak człowiek ucieka przed sobą, to i tak sam siebie dopadnie. Można zmienić miejsce, przenieść się na drugą półkulę, a nawet polecieć na orbitę okołoziemską statkiem Sojuz i zabrać w skafandrze wszystkie nierozwiązane problemy.
– Może rozwiązywanie problemów w stanie nieważkości jest łatwiejsze, kto wie?
– Co ty, tam nawet siku jest skomplikowane, a co dopiero to.

Roześmiałyśmy się. Otworzyłam piwo imbirowe i wzniosłyśmy toast: Za zmianę! Oby nam się! A potem zaczęłyśmy pisać długi list do Zosi.